piątek, 28 grudnia 2012

Zdobycze z Biedronki - silikonowa foremka do lodu i przyprawniki

Biedronka jest naszą sponsorką w kompletowaniu przyborów kuchennych. I niech sobie ludzie mówią, że to sklep dla biedaków, niech sobie przepłacają jeśli mają takie widzi mi się. Ja tam owada lubię i co jakiś czas dokupuję gałązkę do naszego gniazdka. 



Dzisiaj padło na komplet do przypraw (młynek do pieprzu + solniczka) oraz foremkę do lodu/czekoladek/ciasteczek w kształcie kwiatków. Wszystko produkowane dla Delco. Solniczkę i młynek mam zamiar używać zgodnie z przeznaczeniem, a foremki używać do małych, ręczne robionych mydełek (kiedyś nadejdą takie czasy).




Młynek i solniczka są porządnie wykonane, mechanizm chodzi bez zarzutu. Teoretycznie można sobie regulować grubość mielenia, ale ja nie widzę różnicy. A foremki, jak to foremki. Takie jak wszędzie tylko tańsze. Zarówno przyprawników jak i foremek mamy kilka wzorów do wyboru.

Cena przyprawników: 14,99
Cena foremek: 5,99

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Jacobs Kronung Millicano - moja nowa miłość

Ktoś chyba wysłuchał moich próśb o to, żeby pojawiła się kawa rozpuszczalna o smaku mielonej. Nie wierzyłam reklamie, ale jakimś cudownym trafem dołączyli saszetki Millicano do bonów sodexo. Zaparzyłam, spróbowałam i przepadłam! W sklepie widząc cenę mój entuzjazm troszkę osłabł (15 zł za 95g w promocji!), ale P. włożył do koszyka i sprawa była załatwiona:) Jak ja zazdroszczę w takich sytuacjach facetom...

Kawa w 85% składa się z rozpuszczalnej, a 15% to bardzo drobno zmielone ziarna kawy. Praktycznie wszystko się rozpuszcza, zostaje maleńka ilość osadu na dnie, ale nic nam w zębach nie zgrzyta. Najważniejszy jest oczywiście smak, dla mnie czysta kawowość. Idealne rozwiązanie dla lubiących wygodę rozpuszczalnych i smak mielonych.

Kawa stawia mnie na nogi, np. w takiej sytuacji jak teraz kiedy wpadam do domu na dosłownie pół godziny i znowu muszę gdzieś lecieć...


P.S. Muffinka robiona przez P. - pyyyycha, nawet wytrawnym smakoszom z akademika smakowała:)
P.S. 2 - Kupiłam kolejny numer Twojego Stylu, a nie zdążyłam przeczytać poprzedniego... czemu doba nie ma więcej godzin? Pora zorganizować sobie wieczór z prasą;)

czwartek, 13 grudnia 2012

Tangle Teezer - miłe zaskoczenie:)

Z okazji Mikołajek wpadło troszkę pieniążka więc postanowiłam się porozpieszczać. Na urodziny, dni dziecka i inne święta zwykle dostaję pieniądze, które jakimś cudem rozchodzą się raz dwa nie wiadomo na co. Teraz postanowiłam wydać je na rzeczy, na które już dawno miałam chrapkę, ale moja wrodzona oszczędność (hahah spadam z krzesła) nie pozwala wydać mi sporej sumy na kawałek plastiku bądź kilka(set) kartek. W grudniu postanowiłam rozstać się ze zdrowym rozsądkiem i nie żałuję :) 

Pierwszym prezentem jaki sobie sprawiłam jest Tangle Teezer. Tą szczotkę znają już chyba wszyscy więc nie będę się tu rozpisywać o obietnicach producenta.




Wybrałam nową wersję "Salon Elite", na allegro wraz z przesyłką zapłaciłam tylko 42 zł, a szczotkę miałam na drugi dzień! I... zakochałam się w niej po pierwszym przeczesaniu włosów. 

Szczotka ma owalny, dopasowany do dłoni kształt. Unowocześnieniem jest jej wygięcie, nie miałam starej wersji, ale wydaje mi się to dobrym rozwiązaniem - wspaniale dostosowuje się do kształtu głowy. No i te sławne silikonowe wypustki o dwóch długościach.

Mam gęste, grube włosy z tendencją do puszenia, a do tego końcówki lubiące się przesuszać. Rozczesywanie było naprawdę niezłą męką. Po tej szczotce nie spodziewałam się cudów, myślałam że to kolejny gadżet modny wśród bloggerek. Kiedy okazało się, że szczotka nie zatrzymuje się na "kołtunach" w połowie długości włosów uwierzyłam we wszystkie zachwyty nad nią. Zrobiłam jeszcze test na mokrych włosach bez odżywki i przepadłam. Teraz moją kolejną zachcianką jest wersja kompaktowa z barankiem Shaun ;) 

Fakt, 40 zł za szczotkę do włosów to dość dużo, ale uwierzcie mi, że warto. Zamiast batoników na przerwach pomiędzy wykładami, zamiast kolejnej zamówionej pizzy. Jeśli ktoś jeszcze się waha, to niech zrobi sobie prezent na święta, od Nowego Roku będziemy oszczędzać :D

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Czas na kawę z syropem

Od jakiegoś czasu "kolekcjonuję" syropy do kawy. W bardzo odległych czasach marzy mi się kurs baristy, tak dla siebie i moich gości. Chcę być baristką w kapciach, o! Chciałabym też wypasiony ekspres do kawy, żadne tam dolce gusto...ale to są bardzo odległe marzenia :) 

Post miał być o syropach więc ta dam!:


Seria Victroria's to syropy barmańskie (bezalkoholowe) przeznaczone do kaw i drinków. Produkowane przez firmę Cymes posiadają rekomendację Stowarzyszenia Polskich Barmanów. W ofercie mają ich chyba ze 20 rodzajów, a moja skromna kawowa kolekcja zawiera:
  • amaretto - pyszny, aromatyczny syrop do kawy. Kawa smakuje jak z prawdziwym likierem, tyle że bez szumu w głowie ;)
  • kokos - do kawy niezbyt się nadaje, dla mnie jest wtedy zbyt mdła. Za to jest świetny do mleka, dodaje kilka kropelek i mam smaczne mleko kokosowe - w liceum kupowałam takie w automacie na kawę
  • imbir - jedna z moich ulubionych przypraw, syrop kupiłam głównie jako dodatek do piwa, ale jeszcze nie miałam okazji spróbować
  • orzech - mój ulubiony z tej serii, orzechowa kawa smakuje wyśmienicie
  • wanilia - jest na trzecim miejscu po orzechu i amaretto. Jak dla mnie smak za mało egzotyczny;) Jeśli doda się za dużo to czuć chemiczny posmak
Butelka zawiera 490 ml syropu, a cena waha się od 10 zł w promocji do 15 (cena regularna w Realu). Syropy niestety nie mają niekapków, ale na stronie producenta można kupić specjalną pompkę. Sama butelka jest prosta, ale etykietki są piękne, z fajnymi rysunkami i bogatymi zdobieniami:) 

A teraz mój i P. faworyt jeśli chodzi o syropy: karmelowy Bellarom z Lidla. Aktualnie jest w promocji, za butelkę 350 ml zapłacimy tylko 4,44 zł. Są jeszcze waniliowe i o smaku orzecha laskowego. Syrop jest troszkę rzadszy niż poprzednicy, ale bardziej słodki, więc wydajność podobna. Karmelu używamy głownie do kawy, ale z kakao też smakuje wyśmienicie - generalnie nasz numer jeden.

Na talerzyku ulubione ciastko P.: donut z Lidla. Kosztuje 0,89 zł i jest niebem w gębie ;) Puszysty, słodki w sam raz do kawy:)

niedziela, 9 grudnia 2012

Pierniczki - przepis i zdjęcia ;)

Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy robienie pierniczków na święta. Powiedzmy, że nam wyszło, przecież nikt nie powiedział, że od razu mamy robić wszystkie i dekorować... ;)

Pierniczki z tego przepisu wychodzą bardzo smaczne, miękkie i przyjemne w obróbce.
  • 1,5 kg mąki
  • 1 kg cukru
  • 500 g margaryny
  • 250 ml śmietanki 18%
  • 3 czubate łyżki kakao
  • 4 jajka
  • 1 duży proszek do pieczenia
  • 1 czubata łyżka sody
  • 3 opakowania przyprawy do pierników
I jak się do tego zabrać?

Na początku z 3 łyżek cukru robimy karmel czyli patelnia, mały ogień, wsypujemy ten cukier na rozgrzaną patelnię i dodajemy odrobinę wody. Dosłownie łyżkę. Po jakimś czasie dzieje się cud i cukier rozpływa się jako brązowawa ciecz:) 

Do garnka wlewamy śmietankę, dodajemy cukier i kakao i wszystko gotujemy. Potem dodajemy karmel i margarynę. Wymieszaną brązową, gęstą ciecz zostawiamy do ostygnięcia. Jak już będzie zimne to wsypujemy resztę składników czyli mąkę, proszek do pieczenia, przyprawę, sodę i jajka. Po dokładnym wymieszaniu wstawiamy wyrobioną masę do lodówki na noc. Rozwałkowujemy na placek grubości 0,5 cm i wykrawamy ciasteczka ;) Pieczemy 10 minut w temperaturze 180 stopni.

Spostrzeżenia: Masa przed wstawianiem do lodówki jest dosyć rzadka, ale pod wpływem zimna staje się twarda więc nie ma co dosypywać mąki. W przepisie niby jest cała noc, ale nam 3 godziny wystarczyło ;) I ostatnie, najważniejsze: pierniczki podczas pieczenia rosną!!! Nie wzięliśmy tego pod uwagę przy pierwszej partii i mieliśmy piernika w kształcie blaszki :)






Smacznego!

środa, 5 grudnia 2012

Poczułam zimę i święta :)

Hasłem wczorajszego wieczoru było: "Patrz, śnieżek prószy" ;) No bo prószył, a dziś rano na trawniku była niezła pierzynka. Kocham Polskę m.in. za te cztery pory roku, ciągle jakieś zmiany. Ja zdecydowanie jestem zwierzęciem sezonowym ;)

Na zakupach ciągle miałam śnieżny i świąteczny nastrój, więc do koszyka wpadło kilka nastrojowych produktów:

Anyż! Zawsze lubiłam cukierki anyżowe, takie czarne landrynki kupowane w Syriuszu na przeciwko liceum <3. Uwielbiam ten zapach, teraz jest moim numerem jeden (imbir spadł na drugie miejsce)!

Ciasteczka korzenne z błyszczącymi pisakami do dekoracji ;) Pobawimy się nimi w przyszłą środę, którą ogłosiliśmy dniem ciasteczek.

Przyprawa do ponczu. Wyżebrana drgającą wargą i mokrymi oczkami ;) Ale wina już się nie udało, przyprawa poczeka na lepsze czasy... na wypłatę?

Zimowa czekolada, internet od niej huczy i dobrze, bo jest przepyszna!

Czekoladowe kropelki - do muffinek w następną środę.

A teraz ta dam! Herbata z pomarańczą, malinowym sokiem, miodem i anyżem. Jedna gwiazdka starczyła na duuuuży dzbanek herbaty, podejrzewam, że drugi raz też można jeszcze użyć. Aromat przepiękny w całej kuchni ;) W smaku idealna.

A teraz zdjęcie z mojego centrum dowodzenia światem czyli kuchni:

I jak tu nie mieć banana na gębie?

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Pisanie magisterki - czy to może być przyjemne?

Zdecydowanie TAK! Wszystko zależy od naszego podejścia do sprawy. Słowem wstępu mam już napisaną większą połowę części teoretycznej, dziś i jutro mam nadzieję na finisz. Nie mam pojęcia co na to powie moja pani promotor, ale będę miała czas na poprawę ewentualnych błędów - obrona przecież dopiero w czerwcu. Temat mam trochę śmierdzący bo o oczyszczalni ścieków ;) Ale wgłębiając się w temat naprawdę mnie to zaciekawiło - szczególnie oczyszczanie biologiczne. 

A teraz kilka rad dla osób piszących pracę licencjacką/inżynierską/magisterską (po przebojach z inżynierką mogę wszystko):
  • nie traktujcie tego jako przykry obowiązek - nawet jak jest to praca odtwórcza to można naprawdę znaleźć fajne zagadnienie, mi szczerze mówiąc sprawia frajdę dokładne wgłębianie się w temat.
  • nie idźcie do wyluzowanych promotorów! Oni są wyluzowani, a wy będziecie mega zestresowani przed obroną - naprawdę nie warto. Lepiej przez rok przeżywać małe stresy niż w miesiąc przed terminem zero wyrywać włosy z głowy
  • nie czekajcie do ostatecznego oddania (haha, właśnie przekroczyłam termin), naprawdę lepiej pisać po troszeczku codziennie niż ślęczeć cały dzień - świeży umysł niezbędny
  • warto wcześniej zgłębić literaturę, przeczytać podobną pracę
  • sprawiać sobie małe nagrody za kolejne strony, rozdziały. Pisanie ma nam sprawiać przyjemność ;) 
 Mój zestaw na dziś:) Świeczka z Rossmana o zapachu truskawkowej czekolady, kawa z amaretto, prinsessa tiramisu, maseczka (nie tylko umysł ma być piękny) i desperados na rozwiązanie języka ;) Szkoda, że Mężczyzny w domu nie ma, ale przynajmniej posiedzę tu co najmniej do północy czekając aż wróci.

piątek, 30 listopada 2012

Projekt denko #2 Listopad

Nawet nie wiem kiedy minął mi ten miesiąc, ale nie ma co narzekać:) Ze zużyć jestem dumna, no to lecimy:

Jak widać same produkty z najniżej półki, ale jeśli coś jest dobre i tanie to po co przepłacać?:>

1. Be Beauty Kremowy żel do stóp - stara wersja, dla mnie niezastąpiony produkt. Mam jeszcze jeden w zapasie, ale przyda się pewnie dopiero latem.  Nie wiem dlaczego, ale jak już się zagrzeję pod kołdrą to zaczynają mnie "palić" stopy - więc albo ja, albo P. biegnie do lodówki po żel i problem rozwiązany. Nie ma szczególnych właściwości pielęgnacyjnych, ale przyjemnie chłodzi (prosto z lodówki) i szybko się wchłania. 2,49zł/75ml

2. Pasta do zębów Smile White z Biedronki, produkowana przez Tołpę. Średnio mi podeszła, jest jakaś taka wodnista. W dodatku zupełnie nie podpasowała mi szata graficzna, miałam duży problem, żeby ją odnaleźć pomiędzy kosmetykami na umywalce. Pasta ma mieć białe opakowanie z kolorowymi napisami ;) Kosztowała ok. 3-4zł.

3. Joanna, Sensual żel do golenia dla kobiet. Nie wypowiem się na jej temat bo ja po prostu nienawidzę pianek do golenia ;) Uwielbiam za to tą niesamowitą konsystencję: gęsty żel zamieniający się treściwą piankę. Nie wiem ile kosztowała bo to była wygrana w konkursie:) I naprawdę cieszę się, że już ją skończyłam bo takie produkty zdecydowanie nie są dla mnie - po prostu nie lubię.

4. Pollena, Biały Jeleń żel pod prysznic. Kupiony ze względu na biodegradowalność, kiedy to mieliśmy zamiar myć się w rzekach ;) Jako żel zdecydowanie poniżej przeciętnej, ani nie pachnie, ani za bardzo się nie pieni. Mam nawet wrażenie, że trochę mnie przesuszył. Ceny nie pamiętam.

5. Dentica, płyn do płukania jamy ustnej mint fresh. Całkiem fajny, smak lepszy od biedronkowego. Nie robi takiego WOW jak Listerine, ale nie o to mi chodziło. Jak na szybkie odświeżenie oddechu, albo przepłukanie buzi po myciu zębów jest całkiem ok. 6zł/500ml

6. Alterra, mleczko do ciała pomarańcza & wanilia. To ten słynny sernikowy balsam z Rossmana. Szkoda, że go wycofali bo jest genialny. Pachnie bosko, dobrze nawilża i jest dość wydajny. Ze względu na lekką konsystencję szybko się wchłania i łatwo było zużyć go do końca (oczywiście mam jeszcze jeden w zapasie). Kupiłam go w CND za 4.19 za 200 ml. 

7. BeBauty, Peelingujący żel do mycia twarzy. Przezroczysty żel zawiera malutkie, zielone peelingujące drobinki. Jak dla mnie nie oczyszcza zbyt dobrze i może wysuszać. Zwykle od razu kładłam krem, ale jak kilka razy dłużej czekałam to miałam niemiłe uczucie ściągnięcia twarzy. Zdecydowanie lepszy jest jego niebieski brat, ten od masażu ;) Cena 4,99zł/150ml Biedronka

8.  Ziaja, Masło Kakaowe krem, Nie raz i nie dwa nieźle nawilżył mi pyszczek. Na co dzień jest dla mnie zdecydowanie za tłusty, ale w sytuacjach awaryjnych sprawdza się doskonale. To jeden z nielicznych kosmetyków, które zabieram ze sobą na wyjazd: i na słońce i na śnieg. Robił już za krem do opalania (sytuacja mega awaryjna), krem do rąk, do stóp no i jako zwykły balsam. cena to ok. 3zł/50ml

9. Eveline Lip Therapy wersja perłowa. NIGDY WIĘCEJ. Nie zrobiła nic z moimi ustami, a nie miałam dużych wymagań. W dodatku to moja pierwsza pomadka, w której opakowanie nie wytrzymało nawet tygodnia. Zużyłam ją w niecały miesiąc, a nie jestem jakąś maniaczką smarowideł więc wydajna też nie jest. W dodatku w smaku jest strasznie gorzka, jej używanie w ogóle nie dawało mi żadnej przyjemności. Kosztowała ok. 3 zł.

10. Lovely, Liquid Lip Balm with Aloe Vera and Mentol (Balsam do ust z aloesem i mentolem). Na początku przeraziłam się jej zapachem, taki babciny mi się wydawał, ale po jakimś czasie się przyzwyczaiłam i pokochałam. Pomadka jest idealna na mroźną pogodę. Gdyby nie to, że robię już sama balsam to kupiłabym ponownie. Ok. 5 zł.

11.  Ziaja, Bloker. Przyznaje się bez bicia, byłam tak niesystematyczna, że nie miałam okazji sprawdzić jego właściwości. 

12. Płatki kosmetyczne Carea fioletowe - w sumie nie mam im nic do zarzucenia, nie rozwartwiają się, miłe w dotyku. Problem jest podczas zmywania lakieru z paznokci, zostaje biały osad. Możliwe jednak, że to od zmywacza, przetestuję z innymi to się wypowiem:)


czwartek, 29 listopada 2012

Balsam do ust DIY - post sponsorowany przez Anonima ;)

Na początku chciałabym podziękować tej miłej, komentującej tu osobie. Pewnie długo jeszcze zbierałabym się do tego postu...

Oto moje pierwsze wynalazki:


Jak widać pierwszy, większy kompletnie mi nie wyszedł i miałam już chwilę zwątpienia w moje umiejętności. Szybko jednak doszłam do miejsca, w którym popełniłam błąd i wczoraj powstała druga, ulepszona wersja. Podejrzewam, że następna będzie już idealna, ale zacznijmy od początku.

Co potrzebujemy?
wosk pszczeli 3ml
masło shea 1m
masło kakaowe 1ml
masło babassu 1ml
olej ze słodkich migdałów 2-3krople
olej jojoba 5 kropli

Robimy swoją domową łaźnię wodną, czyli stawiamy zwykły garnek z wodą, czekamy aż woda zacznie wrzeć i wstawiamy do niego zlewkę/szklankę. Najtwardszym surowcem jest oczywiście wosk pszczeli więc jest to pierwszy składnik, który wsypujemy/wkładamy do zlewki. Następnie masła, a na końcu oleje. Wszystko razem ładnie się ze sobą miesza, dla pewności kilka razy zakręciłam bagietką (jeśli ktoś nie ma może użyć drugiego końca małej łyżeczki) i ciepłe przelałam do pojemniczka. Przy muzyce fanfarów przeniosłam moje dziecko do lodówki, żeby stężało. Wszystkie te czynności zajęły mi góra 10 minut.

Rano mogłam się już cieszyć własnoręcznie zrobionym balsamem do ust. To dopiero pierwszy dzień użytkowania, ale jestem zachwycona. Dzisiejsza pogoda była idealna do testowania: zimno, wiatr i deszcz. Balsam na ustach stworzył taką miłą osłonkę, która przed tym wszystkim chroniła i czuć ją było na ustach prawię godzinę (od wyjścia z domu do dotarcia na uczelnię). Wczoraj miałam lekko popękane usta, teraz nie ma już po tym śladu... ale przyznaje się bez bicia, jestem tak podjarana, że smaruję się częściej niż innymi ;)

Balsam ma taki żółtawy odcień, co pewnie nie każdemu się spodoba. Można powiedzieć, że jest bezzapachowy, ale ja jednak wyczuwam zapach wosku - zboczenie córki pszczelarza ;) Dlatego moją następną modyfikacją będzie dodanie jakiegoś miłego aromatu.

I teraz moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina: za pierwszym podejściem dodałam do balsamu miodu i wszystko doprowadziłam do wrzenia. Nie ma opcji po takim czymś, żeby miód miał stałą konsystencję. Rada na przyszłość: miód dodawać na końcu i absolutnie go nie podgrzewać! W efekcie moje pierwsze dziecko wyszło rozwarstwione. Ale żeby nie było dyskryminacji to je też pokazuje ;)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Płyn do płukania Eden

Pewnie się powtarzam, ale naprawdę nie mam na nic czasu. Jeśli będą się pojawiać tutaj wpisy to takie krótkie jak ten dzisiejszy, może ten sposób się przyjmie.

Dziś o płynie do płukania. Jak pracowałam na kasie w hipermarkecie to pan mi zrobił wykład nt. co daje płyn do płukania, jakieś reakcje z tkaniną itd., ale mi zależy tylko na ładnym zapachu. Rozwieszanie prania ma mi sprawiać przyjemność. 


Kiedyś moim faworytem był czarny Lenor, ale kilka razy się na nim "przejechałam" - albo zapach mi się po prostu znudził i zaczął mi śmierdzieć. Postanowiłam spróbować biedronkowego płynu i trafiłam w 10. Już na pierwszy rzut oka widać, że opakowanie podobne do Lenora, zapachy też choć w mocno okrojonej wersji. Do wyboru mamy niebieski, zielony i biały. Dla mojego nosa najlepszy jest biały, naprawdę super zapach. 

Koszt 2 litrów to niecałe 8zł (Lenor w promocji najtaniej widziałam po 12), nie muszę więc śledzić gazetek w poszukiwaniu płynów. Szczerze polecam. Nie zostawia żadnych plam, zapach utrzymuje się dość długo, chociaż logiczne jest, że po kilku dniach w szafce motylki z ubrań nie będą wylatywać:) 

Według gepiru producentem jest: Zakład Chemii Gospodarczej i Samochodowej "KOSMET-ROKITA":)

 P.S. Moje dziecko wyszło trochę niepełnosprytne, więc nie ma się czym chwalić. Ale już niedługo zmajstruję drugie. 

piątek, 16 listopada 2012

Moje pierwsze kosmetyczne dziecko :) DIY - balsam do ust

Wszyscy wkoło wiedzą, że mam zamiar zostać drugą polską Ireną Eris. Zdaję sobie sprawę, że na razie to ja do pięt nie dosięgam nawet bloggerkom i wizażankom "w temacie". Grunt to się nie poddawać, tak? Dzisiejsze dokonanie jest pewnym krokiem milowym w tym kierunku.

Na początek pochwalę się moim pierwszym zamówieniem na zrobsobiekrem.pl :
Gratis dostałam jeszcze glinkę porcelanową, ale jakoś do zdjęcia się nie załapała ;)

 Zakupy i przelew zrobiłam w niedzielę wieczorem, a w czwartek mogłam już się cieszyć zdobyczami. Wzięłam olej ze słodkich migdałów, olej jojoba, olejek rycynowy, olejek z drzewa herbacianego, olej makademia, masło shea, masło kakaowe i masło babassu. Oczywiście to ostatnie to do maseczek na włosy... ach ten brak różowej Isany ;(

I tak oto wzięłam się do roboty i...


Jestem z siebie niesamowicie dumna i czekam aż mój balsam do ust ostygnie i będę mogła sprawdzić jego właściwości. Jak go przetestuję to zrecenzuję i podam recepturę:) Zdradzę tylko, że użyłam miodu i wosku ze swojej własnej pasieki, więc jest mega ekologiczny, nie? Uch, uch rozpiera mnie szczęście:)

środa, 14 listopada 2012

Cynamonowo z Biedronki

Uwielbiam cynamon (i imbir) pod każdą postacią, nawet w gumach Big Red i w paście do zębów. Po nieudanych łowach w bibliotece poszłam poprawić sobie humor do Biedronki, a tam wystawiona jest już świąteczna oferta - sopelki, bakalie, pralinki świąteczne itp. Wypatrzyłam wśród nich napój Hortex Jabłko & Cynamon (1,99/l) i czekoladę mleczną z nadzieniem o smaku śmietankowym z dodatkiem ciasteczek cynamonowych.


Moja opinia: Jeśli chodzi o sok to mam mieszane uczucia, jakoś nie zaakceptowałam płynnego smaku cynamonu. Na początku rozkoszowałam się smakiem szarlotki, ale po jakimś czasie czułam tylko proszek o smaku cynamonu, chociaż nawet nie ma go w składzie. Warto spróbować, ale ja już więcej go nie kupię. Co do czekolady to jestem zachwycona. Po pierwsze bardzo smaczna czekolada, po drugie nadzienia jest dużo i baaardzo śmietankowe i po trzecie najważniejsze: cynamonowe ciasteczka to naprawdę dość duże okruszki i intensywnie cynamonowe. W takiej formie ta przyprawa jest jak najbardziej odpowiednia.

czwartek, 8 listopada 2012

Uchywt do gotowania jajek

Tak, przyznaję się bez bicia, mam hopla na punkcie gadżetów do jajek. W tym kawałku silikonu zakochałam się od pierwszego wejrzenia, ale cena mnie skutecznie zniechęcała - nie dam 25 zł za coś co spokojnie mogę zastąpić zwykłą łyżką stołową i chwilą zwiększonej koncentracji. Ale jak ujrzałam to coś w przecenie na 15 zł to pożegnałam zdrowy rozsądek i zaspokoiłam moje wewnętrzne "chcę to!". Oto i on:



Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie mój ukochany kot. Znalazł moment, kiedy po zrobieniu zdjęcia położyłam uchwyt na kanapie i zjadł tą pętelkę na czubku. Po opanowaniu złości naprawiłam to przewlekając ozdobną gumkę - teraz wygląda świątecznie ;)

wtorek, 6 listopada 2012

Lord Nelson Green Tea with wanilla

Miałam powypijać herbaty, które mam... No ale te promocje. W Biedronce był tydzień herbaciany, a w Lidlu promocja na zieloną z wanilią - nie potrafiłam się powstrzymać.


Moja opinia:
 Nie wiem kiedy ja się nauczę, żeby nie kupować aromatyzowanych herbat. Smak ma ciekawy, czuć  wyraźnie wanilię. Problem w tym, że smak wanilii trwa krótko, potem tylko chemia. Możliwe, że tylko ja jestem tak wyczulona, ale dzięki temu wpadłam na pomysł, żeby do zwykłej zielonej herbaty dodać odrobinę cukru waniliowego. Zdecydowany plus za to, że pakowane są osobno w PAPIEROWE torebki.

Cena: ok. 4zł/LIDL

poniedziałek, 5 listopada 2012

Denko #1 - Październik

Projekt denko ma motywować do zużywania zapasów kosmetyków i tak też na mnie zadziałał. Na szczęście. Może nie jest pokaźne, ale to mój mały wewnętrzny sukces.

No to lecimy po kolei:
  1. Ziaja, płyn do higieny intymnej o zapachu konwalii. Nie mam żadnych zarzutów, teraz używam półlitrową butle tego samego, ale kolejnego już nie kupię. Wrócę do jego braci w białych butelkach.
  2. Miss Sporty, lakier do paznokci niebieski. Uwielbiam lakiery tej firmy, na moich paznokciach trzymają się ok. 5 dni, cena niska, kolory przyjemne. Ten mi niestety wysechł, ale był już na niego czas.
  3. Joanna, serum wygładzająco - regenerujące do końcówek włosów. Recenzja KLIK!
  4. Mrs. Potter's Balsam ochrona koloru Gingo Biloba i keratyna. Recenzja KLIK!
  5. Rimmel, Extra Super Lash - zużyłam już kilka, mój ulubieniec jeśli chodzi o klasyczne szczoteczki.
  6. Polskie Zioła, Pati - szampon pokrzywowy do włosów przetłuszczających się. Genialny! Jedyny tani, ziołowy szampon, który pieni się jak szalony. Dokładnie myje, wydajny - zdecydowanie mój KWC.
  7. ISANA, Dusch Ol. Uff, dokończyłam go. Działanie bardzo przyjemne, ale... zapach odrzuca. Nigdy więcej.
  8. Joanna, kokosowy krem do rąk Sweet Fantasy. Recenzja KLIK!
  9. Neutrogena, krem na pękające pięty z 10% urea. Kupiony w zeszłym sezonie, teraz tylko wykończyłam, ale za krótko używałam, żeby wyrobić sobie opinię.
  10. BeBeauty, Peeling do stóp. Jeszcze stara wersja. Mój KWC.
  11. Radox, żel pod prysznic wanilia i imbir. Myślałam, że zapach będzie ciekawszy, tym bardziej że wzięłam go na wakacje i miałam nadzieję, że będzie mi się miło wspominało. Jako żel całkiem przeciętny.
  12. ISANA, Pianka do włosów farbowanych. Nie używam nałogowo pianki, od czasu do czasu, żeby ujarzmić swoją poranną fryzurę. Sprawdziła się na tyle dobrze, że na pewno jeszcze nie raz po nią sięgnę.

Uff, to już koniec. Powoli wracam do świata żywych :)

poniedziałek, 29 października 2012

Umilacze kuchenne

Dziś krótko. Jestem zwolenniczką motywatorów, więc gdzie tylko mogę umieszczam przedmioty wywołujące uśmiech, w kuchni także. Oto moja mała pozytywna kolekcja:

 Co tu mamy?
Sztućce do sałatek  kształcie kwiatków, różowe nożyczki w kwiatki, kwiatkowa foremka do jajek i szczoteczka do naczyń z uśmiechniętą rączką. Można powiedzieć, że niezły bukiecik. I powiedzcie, jak tu się nie uśmiechnąć? :)

Już kiedyś pisałam, że każdy element w domu ma swoją małą historię. Te wszystkie bibeloty tworzą  klimat, który sprawia, że aż się ciepło w środku robi. Najważniejsi są oczywiście ludzie, ale przedmiotami można sobie dopomóc. 

I wyszło, że jestem maksymalistką, ale w mój minimalizm nikt by nie uwierzył.

sobota, 27 października 2012

Mycie mikrofalówki sodą oczyszczoną

Już od jakiegoś czasu się do tego zabierałam i albo nie miałam sody, albo mi się nie chciało... i tak, zrobiłam ten eksperyment o 23.30 ;)

Do miseczki wlewamy szklankę wody i rozpuszczamy w tym dwie łyżki sody oczyszczonej. Całość wstawiamy do mikrofalówki na 5 minut. Na innych stronach podane jest, że na dwie-trzy, ale u mnie podziałało dopiero pięć. Później wycieramy do sucha ręcznikiem papierowym. A oto efekt:

Mikrofalówka przed zabiegiem:

I po zabiegu:

Po pierwsze przyznaje się bez bicia, że zapuściłam ładnie tą mikrofalówkę. Na swoją obronę mam to, że stoi na lodówce i moje oczy nie widzą co tam się dzieje ;)
Po drugie jest to niby ekologiczny sposób czyszczenia, ale z tego co wiem, mikrofalówka nieźle prądu pociągnie przez te pięć minut. Wydaje mi się, że chemiczne czyszczenie w tym wypadku nie jest jakoś szczególnie inwazyjne.

Robiliście tak kiedyś? Jak efekty?

piątek, 26 października 2012

Delia, BIO roll-on pod oczy z oliwą z oliwek

Jak zobaczyłam go na którymś z blogu to postanowiłam go zdobyć. Wiem, że dla moich przebarwień pod oczami ratunku nie ma, ale chciałam chociaż trochę wynagrodzić moim oczom długie siedzenie przed komputerem. Znalazłam go w Carrefour w szafie Delii, a jak już wcześniej pisałam ceny tam są śmiesznie niskie.



Od producenta:
Chłodząco - kojący dla zmęczonych i opuchniętych oczu, odżywia skórę pod oczami, poprawia ukrwienie i napięcie zwiotczałych powierzchni skóry, likwidując cienie i oznaki zmęczenia.
Rezultat: skuteczna redukcja opuchlizny i cieni pod oczami, redukcja oznak zmęczenia, rozświetlona i nawilżona skóra wokół oczu, Wypoczęte, jasne i promienne spojrzenie.
Bogactwo naturalnych składników:
- oliwa z oliwek – bogate źródło witamin: A, K, E oraz istotnych dla organizmu doskonale nawilżających kwasów wysokotłuszczowych,
- ekstrakt z kasztanowca – poprawia mikrokrążenie i zmniejsza obrzęki,
- kwas hialuronowy – zapewnia doskonałe nawilżenie głębokich warstw skóry,
- ekstrakt z arniki – działa kojąco i przeciwzapalnie, redukuje sińce.

Cena: 9zł/15 ml (Carrefour)

Moja opinia:
Oczywiście spodobało mi się minimalistyczne opakowanie samego roll-on - proste, biało-zielone. Dodatkowo zapakowane jest w kartonik no i tam to już producent poleciał po bandzie co to cudo nie robi. Jak już wspomniałam chodziło mi głównie o neutralizację zmęczenia i może jeszcze o efekt chłodzenia, a na resztę przymknęłam oko.

Roll-on jest bardzo wygodny w aplikacji, metalowa kulka roluje bez zastrzeżeń i oczywiście dzięki niej mamy też efekt chłodzenia na zadowalającym poziomie. Skóra po użyciu nie jest ściągnięta, czuję nawet że jest odprężona. Raz miałam okazję użyć go na spuchnięte oczy - coś tam na nie poradził. 

Byłby to całkiem przyjemny kosmetyk i używałabym go z przyjemnością, gdyby nie to, że op aplikacji strasznie szczypią mnie oczy! Nigdy nie miałam takiej sytuacji, co w tym składzie mogłoby mnie uczulać? Roll-on chyba pójdzie w obieg...

czwartek, 25 października 2012

Dramers, Odżywka Conditioner intensywna regeneracja hair expert prowitamina B5 & jedwab

Uff... koniec nazwy. 
Jak pewnie większość z Was lubię testować nowe kosmetyki, a jeśli są one z najniższej półki to już wcale się nie mogę powstrzymać. Wierzę, że odnajdę "tanie i dobre" perełki. 



Od producenta: 
Hair Expert odżywka regenerująca została opracowana z myślą o włosach suchych i zniszczonych, które wymagają intensywnej pielęgnacji. Zawarta w odżywce prowitamina B5 regeneruje włosy nadając im blask i zdrowy wygląd, a ekstrakt z jedwabiu ułatwia rozczesywanie, wygładza oraz zapobiega elektryzowaniu się włosów. Lekka konsystencja odżywki nie obciąża delikatnych włosów

Cena: 9,99/900ml (real)

Moja opinia:
Za niewielkie pieniądze dostajemy porządną butle z dozownikiem. Etykieta jest minimalistyczna, co bardzo mi się podoba i nawet kojarzy z profesjonalnymi produktami. Odżywka ma lekką konsystencję, jest dosyć rzadka, ale dzięki temu bardzo łatwo rozprowadzić ją na włosach. Działaniem byłam pozytywnie zaskoczona, choć patrząc na skład to był tylko "zewnętrzny" efekt. Włosy łatwo się rozczesały, mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że były wygładzone. Ze względu na ten alkohol w składzie używam tej odżywki jako bazę do własnych mikstur na włosy. A to zmieszam z żółtkiem, a to dodam trochę piwa czy drożdży. I w tej roli sprawdza się świetnie. Samej użyłam tylko kilka razy więc nie powiem czy wysusza włosy, ale jako bazę naprawdę polecam!

środa, 24 października 2012

Tartaletki truskawkowe, dr Gerard

Przy okazji kawowo-herbacianej gazetki tematycznej w Biedronce wpadły do koszyka ciastka. Nie mogłam przejść obok nich obojętnie bo mój P. takie uwielbia. Ale ja chyba za dobra dla niego jestem i kupuję takie smakołyki.

Paczka zawiera 300  (32 ciastka) i kosztuję 4,49 zł, dostępne są także w wersji cytrynowej.




Moja opinia:

Smakują tak pysznie jak wyglądają. Nadzienie ma konsystencję pomiędzy dżemem a galaretką, a w smaku przypomina taki domowy dżem truskawkowy. Samo ciastko jest idealnie kruche, wszystko razem dobrze współgra. Zdecydowanie polecam!:)


wtorek, 23 października 2012

Marion Natural Styl - miedziana elmirka :)

Nic mnie tak nie wkurza jak odrosty. Ostatnio jednak nie miałam ani ochoty ani czasu latać po sklepach w poszukiwaniu farby, a do Rossmana nie chciałam wchodzić, żeby nie złamać swojej obietnicy. Wczoraj wpełzłam jednak do Natury bo w gazetce akurat jest promocja na Palette Rubinowa Czerwień - czyli ta farba do której zawsze wracam.  

Ale Elmirka to nie jest ktoś kto postępuje rozsądnie. I tym razem wyszło mi to na dobre ;) Stojąc przed półką z farbami mój wzrok padł na marionową miedź no i się zakochałam od pierwszego wejrzenia. Portfel też się uśmiechnął widząc regularną cenę: 5,99 zł. Owszem, bałam się ją nakładać na głowę, ale jak Palette mnie nie zabija to i ta nie mogła zrobić mi krzywdy.


Od producenta:

Zalety produktu Natura Styl:

  • Trwały efekt
  • Doskonałe pokrycie siwych włosów
  • Naturalne składniki: proteiny ryżu i jedwabiu chronią i odżywiają włosy
  • Butelka z aplikatorem - łatwość i wygoda użycia
  • Innowacyjna formuła
Proteiny jedwabiu odżywią i wzmocnią strukturę włosów oraz nadadzą im olśniewający połysk. Proteiny ryżu działają łagodząco i zmiękczająco oraz doskonale nawilżają i odżywiają. Posiadają właściwości ochronne. Ponadto poprawiają mikrokrążenie podskórne, redukują rozkład kolagenu oraz spowalniają starzenie się skóry. Specjalnie opracowane receptury farb zostały dodatkowo wzbogacone gliceryną, która posiada właściwości zmiękczające i nabłyszczające włos.

Produkt składa się z :

  • Farby w saszetce (nr 1) - 40 ml,
  • Utrwalacza w wygodnej buteleczce z aplikatorem (nr 2) –  40 ml,
  • Rękawiczek
Moja opinia:
Pierwszy plus za opakowanie, lubię ten sposób aplikacji, nie muszę się bawić w miseczki i szukanie plastikowych łyżeczek. Po drugie farba jest niesamowicie wydajna! Jak widać mam gęste włosy sięgające do łopatek i ZAWSZE bez względu na firmę i rodzaj aplikacji zużywam dwa opakowania. A tu miłe zaskoczenie - spokojnie wystarczyłaby mi jedna, trochę dodałam drugiej, ale tylko dlatego, że miałam ją już rozrobioną i szkoda mi było wyrzucać. 

Farba jest dość rzadka, łatwo się rozprowadza na włosach i troszkę pieni. Zawsze jak farbuje włosy widać to w całej łazience przez kilka dni - a tu kolejna niespodzianka - nawet jak gdzieś mi skapnęła to nie farbowała od razu i spokojnie zdążyłam wszystko pościerać. Nawet się trochę wystraszyłam, że moich włosów nie chwyci.

Zmywanie farby to mały koszmar. W myślach żegnałam się już z moimi włosami bo czułam jakbym miała na głowie hełm, tak mi poplątała włosy, w dodatku były strasznie szorstkie. Nie czekałam nawet aż woda straci kolor tylko praktycznie od razu umyłam je szamponem. Na szczęście po myciu były już całkiem fajne w dotyku. Nałożyłam jeszcze balsam Mrs. Potters na 15 minut i jak go spłukałam to już byłam zachwycona miękkością włosów. 

Zwykle jak farbuje włosy to odrosty są idealnego koloru jaki ma farba, a reszta oczywiście ciemniejsza. I tu mnie Marion najbardziej zachwycił: włosy na całej długości są tego samego koloru! Mam wrażenie, że barwniki są troszkę słabsze niż w pozostałych farbach, ale dla mnie to oczywiście plus. I jeszcze dodam, że ta farba praktycznie nie śmierdzi. 

Ja jestem jak najbardziej zadowolona z efektu, zobaczymy jak kolor się będzie spłukiwać.


Przed i po :) Włosy na pierwszym zdjęciu to wiem, że tragedia... ale naprawdę nie miałam do nich siły. O kształcie fryzury też się nie wypowiadam bo to taki stan przejściowy. 

Farbowanie włosów niestety sprzyja ich wypadaniu, więc może przydać się Novoxidyl.

wtorek, 16 października 2012

Sernik na zimno Castello (Lidl)

Wczoraj na zakupach P. zrobił drgającą wargę ze wskazaniem na ten właśnie wynalazek. Na początku byłam sceptyczna bo nie przepadam za gotowymi ciastami, a poza tym jestem zakochana w serniku jego mamy. Ale czego się nie robi dla Ukochanego ;)

Czego potrzebujemy?

 Jak robimy? I trzeba wziąć naprawdę spory wysoki garnek bo mój standardowy do mleka okazał się za mały. Ogólnie przygotowanie dziecinnie proste. Po zmiksowaniu wszystkiego otrzymujemy bardzo gęstą masę.



A oto efekt: 


Nie mam talentu chyba do fotografii, ale powoli się uczę ;) Jak dla mnie ten deser ma mało wspólnego ze smakiem prawdziwego sernika, ale P. jadł aż mu się uszy trzęsły (reaguje tak na wszystko co zawiera galaretkę).

Robi się go w miarę szybko, myślę że od czasu do czasu będę kupować w razie zapowiedzianych/niezapowiedzianych gości, no i oczywiście dla P. jak sobie zasłuży. Tylko następnym razem dam dwie galaretki:)

Koszt tego sernika z pozostałymi produktami to ok. 7-8 zł. Niestety nie powiem dokładnie bo wyrzuciłam paragon. Wszystkie produkty oczywiście dostępne w Lidlu ;)

poniedziałek, 15 października 2012

Marion, Natura Silk, Błyskawiczna Odżywka do włosów łamliwych i z rozdwojonymi końcówkami

Z racji przystąpienia do projektu denko powoli zużywam zapasy, m.in. tą odżywkę. Wcześniej rzadko ją używałam bo po balsamie Mrs. Potters włosy łatwo się rozczesywały, a tylko do tej czynności używam odżywek w spray'u. 

  
Skład:

Od producenta:
Specjalnie opracowana formuła zapobiegająca łamaniu i rozdwajaniu się włosów. Zawiera jedwab i kompleks multiwitaminowy: A, E, H, F i prowitaminę B5, które pomagają zapobiegać rozdwajaniu i łamaniu się włosów, wygładzają i odżywiają włosy bez ich obciążania, ułatwiają rozczesywanie i układnie oraz zapobiegają elektryzowaniu się włosów. Zabezpieczają także przed promieniowaniem UV i wysoką temperaturą, nadają zdrowy wygląd, jedwabistą miękkość i blask, zapewniają skuteczna ochronę przez działaniem czynników zewnętrznych.

Dodatkowo odżywka wzbogacona została w proteiny ryżowe, które przywracają włosom miękkość i piękny połysk oraz wzmacniają i regenerują wewnetrzną strukturę włosów, dzięki czemu są one mocniejsze i bardziej odporne na uszkodzenia.

Cena: ok. 8 zł (Intermarche)

Moja opinia:
Opakowanie odzywki to wygodna buteleczka z atomizerem. Bardzo fajny w użyciu, rozpyla cienką mgiełkę i łatwo pokryć nią całe włosy. Sama odżywka to taka dwufazówka, pomarańczowy płyn z białą pianką. Pachnie brzoskwiniami więc wszystko jest ze sobą odpowiednio skomponowane. Przyczepię się znowu do srebrnych napisów -  niech tanie kosmetyki nie udają ekskluzywnych bo im to nie wychodzi. Działanie, hm... Te wszystkie efekty, które zachwala producent to zasługa silikonów, więc powiedzmy że na krótką metę wydaje się być całkiem ok. Witaminy są w niej w śladowych ilościach i nie zauważyłam, żeby moje włosy faktycznie się odbudowały. Rozdwojone końcówki pomijam bo nie wierze, że jakiś kosmetyk potrafi je naprawić. Mam wrażenie, że ta odżywka lekko przesusza włosy, ale tragedii z nimi nie zrobi. Włosy baaardzo łatwo się po niej rozczesują, ale to znowu zasługa silikonów. Kupiłam, zużyję i zapomnę.