czwartek, 30 sierpnia 2012

Knorr Nudle z patelni curry

Ostatnio miałam stan "zjem całą lodówkę, a i tak będę głodna". Poszperałam po szafkach i znalazłam tego nudle. Kupiony pewnie gdzieś kiedyś na mega promocji czekał na odpowiednią chwilę.

W opakowaniu mamy klasyczny knorrowski makaron z zupek chińskich i saszetkę z przyprawą. Podejrzewam, że zupka z tego dania też wyszłaby smaczna. No ale to coś ma działać jak drugie danie więc grzecznie postępowałam według przepisu.

Potrzebne są: 200g cycków, cebula, olej, imbir w proszku, ząbek czosnku, wiórki kokosowe i śmietana. Czyli zawartość torebki to pewnie tylko curry.

Cebulę i cycki tniemy na paski, podsmażamy. Następnie dodajemy imbir, czosnek, wiórki i keczup. Jak się to wszystko już lekko poddusi to czas na makaron i saszetkę - podlewamy szklanką wody, coby makaron miał się w czym kąpać. Gotujemy to wszystko do momentu jak makaron zmięknie i dodajemy śmietanę.

Cały ten proces trwa jakieś 10 minut więc danie jest ekspresowe.



Wszystko ładnie, pięknie tylko to danie nie wygląda. Podejrzewam, że rozgotowałam makaron _-_ Tak, tak, potrafię też przypalić jajko na miękko. Ale co tam wygląd! W smaku przepyszne, orientalne. Wiórki lekko wyczuwalne, ale imbir i curry wspaniale ze sobą współgrają. P. smakowało, podejrzewam, że ze względu na obecność tam mięsa ;) 

Daniem spokojnie mogą najeść się dwie osoby + kot, którego nie mogę oduczyć chodzenie po szafkach ;/
Może jak mnie najdzie ochota na takie smaki to spróbuje to danie zrobić sama, ot cała filozofia to makaron i curry, a na koniec odpowiednio doprawić:) Ze składu przyprawy wyczytałam sól, chemia x 100, i wymienione wszystkie przyprawy od pieprzu o kurkumę;D


środa, 22 sierpnia 2012

Bracia mniejsi

Kolejny wpis sponsorowany przez moje wewnętrzne roztrojenie. Poniekąd przez te dwie istoty.


Problem pierwszy: nie lubią się. Mały jest na tyle głupi, żeby zaczepiać Rasti, a ona (nie mam pojęcia czemu) zamiast sprowadzić go na ziemię jednym pacnięciem to tylko warczy. A jego to jeszcze bardziej podburza. W efekcie mam dwa ganiające się koty i jeden wielki jazgot. 

Problem drugi: mały sika tam gdzie śpi. Pal licho jego posłanie, ale czasami sypiał z nami. Mam już dość prania wszystkiego co leżało na łóżku (dziecko to będzie pestka przy tym, co mam teraz). Nie jest to typowe znaczenie terenu (na szczęście!), a i tak wykastrować go mogę dopiero za pół roku. 

Poradzi ktoś coś?


wtorek, 21 sierpnia 2012

Co na obiad?

Nie ogarniam dziś. Pochwalę się tylko moimi ostatnimi dziełami.



Dobrze ma ten mój chłop ze mną, nie? :)



A to obiad kota, kolację przyniósł sobie taką samą, ale zdążyłam ją uratować. A niech tylko spróbuje nie dać mi spać!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Capresi z papryką Warmia

Dieta i mnie dorwała w swoje szpony. Po zrobieniu sobie krótkiej darmowej analizy otrzymałam komunikat: "Masz prawidłową wagę, ale jeśli chcesz to możesz schudnąć". Może nie tyle chcę schudnąć co wyrobić sobie zdrowe nawyki żywieniowe.

Zakupiłam więc kilka produktów, które jak mi się wydaje są całkiem w porządku - zdrowe, odżywcze i takie tam. Na pierwszy ogień poszło Capresi z papryką. Zwykle kupuję w Lidlu i z ziołami, ale chciałam wypróbować czegoś nowego.


Opakowanie 150 gram zawiera 8 plastrów. Jedna porcja to 48 kcal, więc tragedii nie ma ;) (białko 1,3g węglowodany 0,6g tłuszcz 4,5g)
Skład: serek śmietankowy, substancje zagęszczające: żelatyna wieprzowa, E407, E410, E412, sól, papryka płatki, koncentrat papryki 1%, regulator kwasowości E330. 

Capresi kojarzy mi się z rodzajem białego sera w plastrach. A ten w smaku i konsystencji przypomina raczej serek topiony. Jest bardzo klejący, gdyby nie papierki pomiędzy plasterkami to zlałby się w jedną całość. W smaku całkiem ok, lekko pikantny. Przyczepię się jeszcze tego, że na opakowaniu wygląda na biały ser z kawałkami papryki, a w rzeczywistości jest koloru żółto-pomarańczowego. 

Myślę, że dobry byłby do zrobienia cheeseburgerów - przyjemnie roztopiłby się w kontakcie z gorącym kotletem. Ale takie fanaberie to już nie dla mnie. 

Jak wypisywałam skład to przypomniała mi się mała anegdotka z mojego dzieciństwa, miałam może 6-7 lat. Mama, zmęczona po kilkudniowej wycieczce przywitała się ze mną, ale żeby szybko odwrócić moją uwagę i móc spokojnie usiąść to dała mi jakiś soczek, który akurat miała w ręce. Ja w czasie nieobecności mamy oglądałam jakiś dokument o szkodliwości tych wszystkich E. Jak zobaczyłam je w składzie soczku z płaczem poleciałam do mamy z tekstem "pożyłaś sobie kilka dni beze mnie i już chcesz mnie zabić". Wszyscy wkoło w szoku, co to dziecko sobie wymyśliło i minęło kilka dobrych godzin płaczu zanim im wytłumaczyłam o co mi chodziło, a potem oni mi o co tak naprawdę chodzi z tymi substancjami ;)

niedziela, 19 sierpnia 2012

Ekologia po mojemu

Jak widzę coś "eko" albo "bio" to nie mogę powstrzymać się od sarkazmu. Dla mnie to jedna wielka ściema, chwyt marketingowy i inne takie. Naciąganie wszystkich praw i zasad tylko po to, żeby móc napisać na opakowaniu te trzy literki.

Weszłam w posiadanie super hiper naturalnego i ekologicznego balsamu do ust. Pomijając znikome właściwości kosmetyku skupię się na opakowaniu. Słoiczek wykonany jest z wysokiej jakości grubego i kolorowego plastiku. Zakrętka jest plastikowo-metalowa. Balsam dodatkowo zapakowany był w kartonik (biały, kredowy) ze złotymi zdobieniami. Cena rynkowa zabójcza - 50 zł. Ja się pytam, gdzie tu jest jakaś ekologia i dbanie o środowisko o którym tak obszernie napisane jest na opakowaniu? Ok, składniki były wyłącznie naturalne. Ale...

 Czy ludzie, którzy je pozyskują żyją w humanitarnych warunkach? Mają nieograniczony dostęp do wody? Nie chodzi mi o czystość mojego kosmetyku  i sposobie przechowywania tych surowców. Ja po prostu nie chcę, żeby mój ekologiczny krem okupiony był jakimkolwiek cierpieniem, a żadna firma nie daje gwarancji, że surowce nie są pozyskiwane przez niewolników. 

Naprawdę denerwuje mnie to trąbienie wszem i wobec o ekologii. I ekoakcje. Ostatnio dostałam broszurkę o tym, jak pewna firma dba o ekologię zmniejszając kartonowe opakowania. No super, a na kij ta broszurka była wydrukowana na zafoliowanym papierze?!

Staram się dbać o środowisko, ale wszystko z umiarem. Nie kupię czegoś za 10 zł bo jest naprawdę ekologiczne kiedy mogę mieć ten sam produkt za 2 zł w wersji mniej eko. Powoli wykształcam sobie dobre nawyki:

1. Segregacja odpadów. Sprawdziłam, posegregowane odpady na pewno trafiają do recyklingu. Jeśli mam do wyboru produkt w plastiku albo w szkle - biorę to drugie. Chociaż przyznaję, że zwracam uwagę na ceny. Dodatkowo wszystkie słoiki oddaję rodzicom na soki, dżemy, ogórki itp. Z butelek staram się zdejmować metalowe części. Zakrętki od plastików zbieram i wrzucam na akcję "100 ton zakrętek za wózek inwalidzki" chociaż nie wiem, czy te akcje są prawdziwe. 

2. Staram się nadać drugie życie przedmiotom. Opakowania po kosmetykach są naprawdę porządnie wykonane i starczą na dłużej niż kosmetyk. Słoiczki po wszystkich masłach, peelingach oddaje P., a on w nich segreguje swoje śrubki, kabelki itp. Sama zostawiam sobie małe opakowania, do których mogę przełożyć/przelać inny kosmetyk, kiedy udaje się w podróż. Albo jak sobie sama jakiś specyfik ukręcę. 






Wiem, że to niedużo. Ale ja to robię, inni tylko o tym mówią. W gaszenie światła i zakręcanie kranów też się  bawię, ale dla mnie to żadna nowość bo rodzice uczyli mnie tego od dziecka. Aaa i jeszcze jeżdżę komunikacją miejską i czasem rowerem. Tylko ja tego nie traktuję jako coś trendy, dla mnie to codzienność i zawsze tak było.



sobota, 18 sierpnia 2012

Swojska chata - pierogi z mięsem (Biedronka)

Jestem typowym kluskożercą, ale odkąd nie mieszkam z rodzicami (czyli od siedmiu lat) takie dania jadam od święta. P. to tradycjonalista, z gotowego jedzenia preferuje tylko fast foody więc jak kupiłam te pierogi to kazałam mu zamknąć oczy i czekać aż je "ulepię".


Plastikowe opakowanie kryje 400 gram dość dużych pierogów czyli 15 sztuk. Folia na wierzchu pozwala zobaczyć zawartość, czego nie ma np. w mrożonkach (a mogłoby być). 


Nad składem nie będę się rozwodzić (dla bardzo zainteresowanych to mięso stanowi 23% produktu) bo jak ktoś chce zdrowe i ekologiczne to niech sobie robi sam w domu, a nie kupuje gotowe. 

Pierogi są bardzo smaczne, zarówno ciasto jak i farsz. Nie są gumowe ani twarde. Farsz moim zdaniem lekko przesolony, ale P. smakował. Problem w tym, że jedna porcja (połowa opakowania) to aż 442 kalorie, a ja naiwna myślałam, że są bezkaloryczne ;) Jedno opakowanie spokojnie starczy dla dwóch osób, nam po obiedzie zostało nawet kilka pierogów na dojedzenie. 

Polecam na szybki obiad, bo wystarczy je tylko lekko podsmażyć na patelni i gotowe. Są jeszcze opcje gotowanie, mikrofalówka i frytkownica, ale za nic w świecie nie chciałabym takich niechrupiących.  



 Do kupienia oczywiście tylko w Biedronce, produkowane przez Virtu:) Cena to ok. 4,5zł.

czwartek, 16 sierpnia 2012

La roche-posay - toleriane ultra & thermal spring water

Dzisiaj kolejna, w sumie krótka, recenzja w ramach współpracy z Glamour. W paczuszce znalazłam wodę termalną i krem do skóry wrażliwej.
Od producenta:

TOLERIANE ULTRA

Intensywna pielęgnacja kojąca z Neurosensyną.

Wskazania

Skóra wrażliwa, skłonna do alergii i atopii.

Właściwości

Formuła preparatu to prawdziwe osiągnięcie: ultra-minimalistyczna, bezkompromisowa i bardzo bezpieczna. Formuła okrojona tylko do niezbędnych składników, przy wykorzystaniu minimalnej ilości komponentów i usunięciu wszystkich potencjalnie drażniących lub alergizujących substancji. Ultra-minimalistyczna formuła o intensywnej sile łagodzącej, dzięki neurosensynie, substancji aktywnej, która działa na mechanizmy odpowiedzialne za podrażnienie skóry. Wzmocnione działanie kojące dzięki nowej kombinacji z naturalnie kojącą i przeciwdziałającą podrażnieniom wodą termalną z La Roche-Posay. Nie zatyka porów. Preparat bardzo dobrze tolerowany. Testowany na skórze alergicznej. 0% konserwantów / parabenu / substancji zapachowych / alkoholu / barwników / lanoliny.

Rezultaty

Natychmiastowa i długotrwała ulga.
Dzień po dniu wrażliwość skóry jest zmniejszana a długotrwały komfort zostaje przywrócony.

Opakowanie i zawartość

Flakon 100% hermetyczny, 40 ml.

WODA TERMALNA Z LA ROCHE-POSAY

Kojąca, zmiękczająca woda termalna.

Wskazania

Wrażliwa i/lub podrażniona przez czynniki zewnętrzne skóra (słońce, zabiegi dermatologiczne itp.).

Właściwości

Unikalna kombinacja minerałów i pierwiastków śladowych, takich jak selen, nadaje wodzie termalnej z La Roche-Posay udowodnione naukowo kojące, łagodzące i przeciwrodnikowe właściwości. Rygorystyczna formuła, aby zminimalizować ryzyko podrażnień. Preparat odpowiedni dla dorosłych i dzieci.

Rezultaty

Mikro-kropelki natychmiast intensywnie penetrują skórę, szybko ją kojąc.

Opakowanie i zawartość

Spray 150 ml / 300ml.



Moja opinia:

Krem zapakowany jest w bardzo estetyczny pojemnik z pompką oraz standardowo w kartonik. Pompka działa bez zarzutu i dozuje idealną ilość kremu. Kosmetyk ma lekką konsystencję i bardzo słabo wyczuwalny cytrusowy zapach, co mi osobiście bardzo pasuję. Rozprowadza się w miarę dobrze i tu niestety kończą się jego zalety. Chyba jednak nie jest stworzony do mojej skóry, w życiu się tak nie świeciłam jak po nim. Co prawda wchłania się szybko, nie zostawia filmu, ale to świecenie jak dla mnie jest niedopuszczalne. Jeszcze w kremie na noc bym to zniosła, ale nie w takim który noszę na co dzień. Krem przeznaczony jest do skóry wrażliwej - ja mam taką wokół oczu - i chwali mu się, że mnie nie podrażnił. Ogólnie jestem jednak na nie. Pomęczyłam się z nim przez miesiąc, żadnej poprawy skóry nie zauważyłam (bo większych problemów z nią nie mam),  nawilżenie na dobrym poziomie. Jest niesamowicie wydajny (zasługa lekkiej konsystencji) więc to co zostało oddam mamie, może dla niej będzie lepszy.

Woda. I tu mogę dla niej napisać pieśń pochwalną. Szczerze mówiąc uśmiechnęłam się jak ją zobaczyłam - pomyślałam, że niezły biznes ktoś kręci zamykając wodę w sprey'u. I chyba nawet tak jest, ale jakie to ma znaczenie jak jest rewelacyjna. Trzymam ją w lodówce i stosuję dla ochłody. W tej roli sprawdza się idealnie, jeden mały psik i czuję się jakbym wyszła z basenu. Co do właściwości łagodzących miałam okazję wypróbować na ranach po małym kociaku. Podrapania szybko się goją i co najważniejsze - nie swędzą przy tym. Mój wrodzony realizm podpowiada mi jednak, że to właściwość także normalnej wody, ale wtedy nie ma frajdy z psikania. La roche-posay zabrałam ze sobą też na woodstock i powiem, że nie tylko chłodził, ale ułatwiał mycie:) Szczególnie twarzy ;) Wydajność też bardzo dobra, przez miesiąc używana codziennie, czasem bardzo intensywnie i zostało mi około pół opakowania. 

Krem kosztuje ok. 60 zł, dla mnie zdecydowanie za dużo, a wodę w promocji można kupić już za 20 zł. 

Spotkałyście się kiedyś z tymi kosmetykami? A może też dostałyście je do testów?


środa, 15 sierpnia 2012

Przyuczenie do zawodu - roczny plan mobilizacji

Olśniło mnie! 
Za rok o tej porze będę już po studiach. Będę Panią magister inżynier biotechnologii Emilią H. Cztery lata temu mówiono nam, że za pięć lat będzie BOOM na biotechnologów bo zmieni się prawo i każdy większy zakład (bezpośrednio ingerujący w środowisko naturalne) będzie musiał zatrudniać na etacie biotechnologa. Niestety nic mi o tym nie wiadomo. Przeglądając oferty pracy w zawodzie trafiam wyłącznie na przedstawicieli medycznych/handlowych jednocześnie wiedząc, że to nie jest praca dla mnie i nie chcę tak pracować. Nie mam predyspozycji do rozmawiania z ludźmi i wciskania kitów. Moim marzeniem jest siedzieć w labie i coś tam sobie pichcić. Nawet w takim, który zajmuje się tylko diagnostyką. Chcę chodzić w białym fartuchu i mieć przyrośniętą pipetę do dłoni. 

Staram się rozmawiać na temat pracy z ludźmi z kierunku i jeśli ktoś rozważa pracę w zawodzie to ma w planach robienie doktoratu. Dla mnie to nie jest wyjście: po pierwsze to kolejne kilka lat studiowania, po drugie to za te pieniądze nie da się utrzymać rodziny, czasem nawet trzeba dokładać do badań z własnej kieszeni. Mnie na to nie stać. Kariera na uczelni też mi się nie marzy. 

Przeraża mnie też fakt, że większość ludzi nie ma nawet zamiaru szukać pracy w zawodzie. Chcą wyjechać i pracować choćby na zmywaku w Anglii. Dawno już wyrobiłam sobie zdanie o współczesnej emigracji, kilka razy głośno powiedziałam i ostro się o to pokłóciłam. Ja zostaję w Polsce, ba! nawet w Szczecinie i spróbuję udowodnić, że tutaj da się coś osiągnąć. 

Marzę o własnej firmie produkującej kosmetyki. Rok temu wszyscy znajomi z kierunku byli zachwyceni, wyobrażałyśmy sobie już nawet gabinet prezesek. Ostro się we wszystko wkręciłam, szukałam rozwiązań od strony prawnej, ewentualnych dotacji, sprawdzałam jak musi być wyposażone laboratorium. I wtedy już nie było nas. Życzyli mi powodzenia z przymrużeniem oka. Potem był stres związany z obroną inżyniera i mój zapał do pomysłu osłabł. Pierwszy semestr magisterki minął nie wiem kiedy. 

Mam nadzieję, że to jeszcze nie jest moment na obudzenie się z ręką w nocniku. Mam rok na pomysły i działanie. Chcę spróbować. 

Pomysły na dziś, na świeżo:
  1. Zapisać się do bezpłatnej szkoły policealnej na "kierunek" kosmetologia. Interesuje mnie tylko jeden przedmiot (biochemia kosmetyczna), ale chyba miło będzie mieć papierek tego technika. Wiem, że przedmiot jest wykładany na bardzo dobrym poziomie. Nic nie ryzykuję, zajmę się tym 27.08.
  2. Odwiedzić Inkubator Przedsiębiorczości na uczelni. Istnieje coś takiego, zobaczymy co mi poradzą. Obiecuję, że zrobię to do końca tego roku kalendarzowego.
  3. Śledzić nowinki biotechnologiczne w dziedzinie kosmetologii.
  4. Obok zwykłej nauki angielskiego, czytanie i tłumaczenie publikacji po angielsku - przyda mi się do magisterki. (z technicznym angielskim w biotechnologii jest o tyle prosto, że nazwy pochodzą z łaciny)
  5. Ruszenie z blogiem o biotechnologii - dla własnej satysfakcji i pogłębiania wiedzy. Przynajmniej jeden wpis na tydzień. Od tego tygodnia. 
  6. Grzebać w tych wszystkich ustawach dalej, ale myślę że moje wątpliwości prawne mogą rozwiać w Inkubatorze.
  7. "Przerobić" przynajmniej jedną na miesiąc pozycję książkową z biochemii kosmetycznej i produkcji kosmetyków.
  8. Systematycznie uzupełniać mój słowniczek składników. Przynajmniej jeden kosmetyk na tydzień.
  9. Modlić się, wieszać amulety i biegać nago w deszczu, żeby to wszystko się udało. 

wtorek, 14 sierpnia 2012

Miejsce pracy...

...jak nie znajdę pracy po studiach ;)

Wczoraj wzbogaciliśmy się o kilka drobiazgów do domku: garnki, talerze i porządną patelnię. A dziś kupiłam w końcu chochelkę. Nie wiem jak Wam, ale mi takie rzeczy sprawiają wielką przyjemność. Z prawie każdą rzeczą jaką mamy wiąże się jakaś historia, zwykle jest to: "kochanie, no nie mogłam się powstrzymać i kupiłam x, zobacz jakie ładne", ja nie potrafię tak po prostu pójść do sklepu typu 1001 drobiazgów i kupić to, co potrzebuję. Ja WSZYSTKO muszę pooglądać, poślinić się do przyprawników, koszyczków i innych gadżetów. P. się chyba z tego śmieje, ale na każdym kroku dziękuję mu za zdrowy rozsądek :) 

Dziś zrobiłam małe przemeblowanie no i posprzątałam. Mogę się chwalić swoim królestwem:


P.S. Spostrzegawczy zobaczą szatana na zdjęciu ;)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Mrożenie bazylii

Dzisiaj krótki wpis, może komuś się przyda:)

Bazylia na początku rosła nam jak szalona, ale nasza niestabilność wodna doprowadziła ją do ruiny. Byłam pełna podziwu jak uschnięte badylki w ciągu 10 minut po podlaniu znowu były jędrnymi listkami. Ale stan ten nie mógł trwać wiecznie, roślinki straciły do mnie cierpliwość ;)



Próbując ratować to co zostało pozrywałam (uszczknęłam) zielone jeszcze listki. Zastanawiałam się czy je posiekać i ususzyć w mikrofalówce czy zamrozić. I przypomniała mi się rada koleżanki ze studiów:
zielone listki bazylii posmarować oliwą, włożyć do woreczka i zamrozić. Podobno później nie ma problemu z wyciągnięciem pojedynczych listków, którymi można nawet dekorować potrawy bo wyglądają jak świeże.
Nie wyobrażałam sobie, że mam każdy listek osobno smarować więc wlałam łyżkę oliwy do miseczki i wrzuciłam garść bazylii. Delikatnie wymieszałam i wrzuciłam do zamrażarki.

P.S. Boli mnie ucho i znalazłam bardzo fajną stronkę dzięki temu: http://domowesposoby.info ;)


niedziela, 12 sierpnia 2012

Jak się ogarnąć?

Od zawsze miałam z tym problem. Jak na ironię losu moje nieogarnięcie często przynosiło pozytywne efekty.  Chociaż jak teraz o tym myślę to może chodziło o to, że byłam optymistycznie nastawiona do wszystkiego co przynosi los - zawsze to jakieś rozwiązanie. Ale to OSTATNIA taka niedziela. Dziś jest dzień planowania (i grania w Muarab). 


To jest nasz pomysł na jako takie zaplanowane życie.

  • wszystko spisywać
  • robić tygodniowe jadłospisy i listę zakupów wg niego
  • dalej prowadzić budżet na podstawie paragonów
  • eliminować niepotrzebne wydatki
  • robić listę rzeczy do wykonania (na początek wszystko to, co zalega w domu)


Tyle do postanowień dotyczących nas obojga. Teraz ja:

  • MAGISTERKA i jeszcze raz MAGISTERKA - muszę w końcu ruszyć
  • angielski i wkuwanie słówek

sobota, 11 sierpnia 2012

Żelatynowe włosy

Od jakiegoś czasu huczy o żelatynie na włosy wśród bloggerek. A że nie wymaga to za dużo zachodu to się skusiłam i nie żałuję.

Czego potrzebujemy?

  • żelatynę
  • odżywkę
  • ocet
Na początek rozpuszczamy żelatynę we wrzątku. Na tę ilość wody dałam dwie czubate łyżki i jak dla mnie konsystencja idealna. Wlewamy żelatynę do miski, następnie dodajemy odżywkę (ISANA dała radę) - tyle, ile zwykle dajemy na włosy i kilka kropel octu (dla zakwaszenia). Ja dałam winnego, bo w końcu do czegoś muszę go zużyć - to był w ogóle jego pierwszy raz ;) Zapachu żelatyny nienawidzę (dziewczyny mówiły, że cysteina jeszcze gorsza więc nie wiem jakbym ją wytrzymała), ale z odżywką dało radę, nawet przyjemny zapach. Otrzymujemy taką o to mieszankę:

Konsystencja galaretkowa, bardzo fajnie nakładało się na włosy :) Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jest to czynność relaksująca. Włosy zawinęłam pod czepek, na czepek turban z ręcznika i 45 minut czekałam na cud. 


Żelatynę nałożyłam na jednodniowe włosy, jak widać mają tendencje do falowania. Jak tak patrzę na zdjęcia to nawet mają jakiś blask w sobie (jeśli chodzi o kolor to rubinowa czerwień Palette). Grzecznie odczekałam 45 minut, zmyłam pokrzywowym szamponem Pati i wysuszyłam suszarką. Pierwszy raz chyba w życiu wysuszyłam je do końca bo suszarkę traktuję jako zło konieczne, ale czego się nie robi dla "efektu żelatyny". I muszę powiedzieć, że jestem zachwycona efektem: w życiu nie miałam tak miękkich włosów. Nawet samiec to zauważył! Są tak cudowne w dotyku, że je związałam, żeby nie dotykać. 

Ta ekspresowa kuracja to chyba najlepsze rozwiązanie dla moich włosów, olejowanie szło mi opornie. Tutaj mamy efekty od razu, mam nadzieję, że włosy nie przyzwyczają się za szybko. 

P.S. Mam włosy obcięte na prosto, tylko krzywo zrobiony przedziałek ;)
P.S. 2 Zabieg nie wyprostował mi włosów, po prostu skorzystałam z okazji i po kilku miesiącach przerwy użyłam prostownicy:)


czwartek, 9 sierpnia 2012

Półki z Lidla

Jakiś czas temu w ofercie Lidla pojawiły się półki. Na początku się na nie napaliliśmy, potem nie mogliśmy ich znaleźć i już sobie podarowaliśmy, ale suma sumarum są u nas. Wybaczcie jakość zdjęć, ale nie mam tu swojego ulubionego programu i kombinowałam w znienawidzonym Gimpie ;)


Te potrójne były już złożone w pudełku więc cała filozofia polegała na wybraniu miejsca i wkręceniu kołków w ścianę. Wszystko było w zestawie i kosztowało 39.99. Półeczki są małe, powiedziałabym dekoracyjne - pasują do naszej ascetycznej sypialni ;) Znowu ciągnie mnie do minimalizmu... (już słyszę śmiech P.)


A tak wygląda kompromis. Bo ja jestem z osób co to jak wchodzą do domu to rzucają wszystko byle gdzie, klucze też. A później wszystkiego szukają i się denerwują na wszystkich wkoło. A z kolei P. denerwuje się, że mu swoje rzeczy kładę na biurku. No to mamy półeczkę przy drzwiach, chyba się sprawdza ;) Powieszona w czasie kiedy ja byłam w jakimś woodstockowym pogo. W zestawie były dwie, kosztowały 15,99. Wykonane z surowej sosny więc można dowolnie pomalować:)


środa, 8 sierpnia 2012

Obiad wg faceta

Wróciłam z Woodstocku prosto do łóżka. Przeleżałam dwa dni z gorączką, a dzisiaj powoli się wygrzebuję i  robię miejsce dla P., który się chyba ode mnie zaraził :( Nie mam siły na nic więcej niż klikanie to robię porządek na komputerze i znalazłam fotkę obiadu, który kiedyś czekał aż wrócę z pracy :)

Musicie przyznać, że wykazał się kreatywnością, ze zwykłych rzeczy stworzył coś niebanalnego. Doceniam takie działania i nawet teraz, po kilku miesiącach mu za to podziękowałam. Możemy na tych naszych chłopów narzekać, ale bądź co bądź niespodzianki im się udają. Wydaje mi się tylko, że kobiety ciągle chcą więcej i bardziej i to w nas leży problem. 


Jakby ktoś się nie dopatrzył to są to pieczone ziemniaczki z przyprawą do ziemniaków (pychotka), mięsko zrobione na kebaba i warzywka: ogórek, pomidor w szczypiorku i papryka:) Fajnie komponowało się z tego różne buźki - myślę że to niezły pomysł na dzieci niejadki.