wtorek, 29 stycznia 2013

Projekt denko IV - styczeń

Jestem z siebie dumna, naprawdę zużyłam w tym miesiącu więcej kosmetyków niż kupiłam. Chyba minął mi już szał na kupowanie w drogeriach, ale nie mówię, że mi to wcale przyjemności nie sprawia ;)


Co tu mamy?

1. Isana, Mydło w płynie mango i pomarańcza. Cudowny zapach, gęste, trochę glutowate, ale niesamowicie wydajne. Ogromny plus za to, że zapas jest zakręcany.

2. Eveline, Serum push-up do pośladków. Przyjemne, aczkolwiek pupy nie urywa ;) Mam jeszcze dwa w zapasie, więc może kiedyś pojawi się recenzja.

3. Naturals ultra soft, ujędrniający balsam do ciała. Jak dla mnie idealny na lato, lekki, szybko się wchłania i ma cudowny, cytrusowy zapach. Bardzo wydajny, ale swojego podstawowego zadania nie wypełnia, jednak wrócę do niego na lato, za to nawilżanie i szybkie wchłanianie.

4. Marion, Natura silk, Błyskawiczna odżywka do włosów, KLIK

5. Carla Nori, serum ujędrniające do biustu, KLIK

6. Fa, żel pod prysznic granat i malina. Myślałam, że to będzie typowy zimowy zapach, ale się zawiodłam. Ale mył dobrze ;)

7. Mrs. Potters, Balsam idealna równowaga KLIK

8. Joanna, Szampon jajeczny. Całkiem fajny, dobrze zmywał oleje, przyjemnie pachniał i pienił się w sam raz. Nie nawilżył, ani też nie przesuszył moich włosów.

9. C-THRU emerald - całkiem niezłe EDT, zapach mi podpasował, ale nie tak, żebym była w nim zakochana po uszy

10. Be4me - i tu bingo! Biedronkowa miniaturka podbiła moje serce. Od dawna szukałam czegoś ogórkowego, dopiero po ich zakupie i zachwytach koleżanek dowiedziałam się czego to jest podróbka DKNY Be Delicious - pora szukać oryginału:)

11. Maseczki, peelingi, pasta do zębów i próbki. Zużyłam prawie wszystkie, które miałam. Od tej pory maseczki tylko w tubkach :)

niedziela, 27 stycznia 2013

Dopadł mnie syndrom sesji

Mam już problemy ze zrozumieniem najbardziej prostych zdań, z pisaniem w sumie też. Porobiłam więc fotki wszystkiemu w koło.





 
Taki tam bonus ;)

piątek, 25 stycznia 2013

Obiad: makaron ze szpinakiem i fetą

Żeby nie było, że ja tylko po sklepach latam, albo siedzę w drogeriach, więc dziś będzie o jedzeniu. Danie szybkie, smaczne, zdrowe i pożywne. Można powiedzieć - idealne. Szpinak wcinam nałogowo, koty też go uwielbiają (Rasti na mięso surowe nawet tak nie reaguje), a P. nie ma wyjścia - musi jeść. Swego czasu było to jego danie popisowe, ale jakbym za każdym razem miała czekać aż wróci z pracy to bym z głodu umierała ;)

Czego potrzebujemy?
- odrobinę masła
- szpinak mrożony
- ser feta
- 3-4 (lub ile kto lubi) ząbków czosnku
- 2 łyżki śmietany
- makaron (jakikolwiek, ja preferuję spaghetti)



Jak robimy?
Na patelnię wrzucamy masło i zmrożony szpinak, jak rozmarza kroimy czosnek na plasterki (albo wyciskamy, zależy czy chcemy czuć go "w zębach") i wsypujemy do szpinaku. Pokrojoną w kostki fetę dodajemy do mieszanki na patelni i mieszamy do momentu jej całkowitego rozpuszczenia. Na koniec dodajemy śmietanę i gotowe! W międzyczasie trzeba jeszcze ugotować makaron ;)



Drobne rady:
Najlepsza feta do szpinaku jest w Biedronce, taka kremowa. Nie wiem jak to jest, że favita (producent ten sam) ma troszkę inną strukturę, zawartość tłuszczu ta sama.
Fetę zawsze biorę najbardziej tłustą, a śmietanę daję 18%. Uczyli mnie na studiach, że wszystkie składniki nabiału wchłaniają się wraz z tłuszczami, a ja jako główne dania lubię pełnowartościowe posiłki ;)
ja nie doprawiam, ani solą (feta!), ani pieprzem, ani gałką muszkatałową - ale oczywiście jak kto woli:)

czwartek, 24 stycznia 2013

Znowu Biedronka

Tak, ostatnio jestem leniem patentowym. Przez nasz dom przetoczył się tłum ludzi, przelało się (za)dużo alkoholu, a ja, jak zawsze po takich akcjach, jestem rozstrojona. Kolejny "wolny dzień" zamienił się w dzień świstaka, ale już po wszystkim. Mogę głośno sobie "Ufff" nąć...

...i wybrać się na zakupy do Biedronki. Zima nie odpuszcza, więc zamiast z nią walczyć i narzekać, to postanowiłam sobie ją uprzyjemnić.


Termokubek - jestem bardzo zadowolona, nic a nic nie przecieka. Guziczek podobny jak w termosach, mechanizm też. Zdjęcie oczywiście nie oddaje jego dokładnego koloru, bo w realu jest śliczny fioletowy (pasuje mi idealnie do kurtki). Kosztował tylko 16,99 zł. Jak ktoś ma na niego ochotę to oczywiście polecam i radzę się spieszyć!


Termofor - od dawna mi się marzył, kojarzy mi się z domowym ciepełkiem, rodzinnymi wieczorami no i tak miło jakoś. Jak zobaczyłam go w tym czerwonym sweterku z serduszkami to zakochałam się od pierwszego wejrzenia. I to nie jest tak, że taka chwilowa zachcianka, był na liście zakupów od początku zimy:) Cena to 16,99 zł, moim skromnym zdaniem warto:)

Wyjdzie, że jestem jakąś Biedronomaniaczką, no ale co ja zrobię, że jestem w trakcie "urządzania się", a stosunek ceny do jakości artykułów przemysłowych w robalu bardzo mi odpowiada:)


niedziela, 20 stycznia 2013

Kosmetyk idealny - maść ochronna z witaminą A

Ostatnio ciągle marudziłam, że przez tą pogodę mam twarz dalmatyńczyka: tu plama, tam plama. W dodatku cera była strasznie szara, krótko mówiąc: nie mogłam na siebie w lustrze patrzeć.

Jak ostatnio robiłam porządek z kosmetykami to trafiłam na maść z witaminą A. Kupiłam ją kiedyś Mężczyźnie, jak mu się skóra łuszczyła (ten człek za Chiny Ludowe kremu nie tknie, a maść jako, że z apteki jakoś przebolał). Pomyślałam, że co mi tam zależy, gorzej być już nie mogło.



Pierwsza aplikacja to tragedia, nie dość, że pachnie jak kostka do WC to jak to maść tłusta strasznie. Twarz mi się świeciła jak lampa uliczna. Wytrzymałam może pięć minut i zmyłam ten tłusty film tonikiem - bingo! Już wtedy zauważyłam, że wygląda nieco lepiej.

Po kilku dniach stosowania mogę już patrzeć w lustro, po żadnej odżywczej maseczce nie było takiego efektu. Maść mnie nie zapchała, a tego bałam się najbardziej. Nie wiem jak mogłam wcześniej nie zwracać na nią uwagi. Pora wybudować jej pomnik:) i szukać innych zastosowań bo podobno jest wszechstronna.

Tubka może nie jest szczytem dizajnu, z wygodą też jest na bakier, ale za działanie mogę jej to wybaczyć. Cena śmiesznie niska: 4 zł/25g.


sobota, 19 stycznia 2013

"Wolny" dzień pani domu

Post jest zainspirowany małą kłótnią, a raczej cichym porankiem z P. więc możliwe, że się trochę wyżyję. 

Do niedawna byłam studiującą i pracującą panią domu. Teraz już tylko studiującą, ale sesja to też nie jest bajka. Praktycznie nie miałam żadnego dnia wolnego, już nie mówię o chwili dla siebie. Ostatnio trochę z tym czasem lepiej, a wolny dzień zdarzył się wczoraj. I co?

Zrobiłam mały eksperyment: zapisywałam wszystkie czynności, które wykonywałam (a związane były z obowiązkami domowymi), ta dam!:
  • śniadanie - no dobra, robiłam je rano tylko dla siebie, ale dnia poprzedniego zrobiłam P. do pracy sałatkę

  • pranie - mam wrażenie, że faceci tą czynnością nazywają wrzucenie wszystkiego jak leci do pralki, potem proszek i płyn, a końcem tej podobno wyczerpującej czynności jest wciśnięcie START. A jak u mnie to wygląda? Na początek pranie segreguję, co trzeba wyprać koniecznie, co ewentualnie można zostawić do kolejnego prania no i oczywiście kolorami/tkaninami. Włożenie tego do pralki i nastawienie programu to jest bajka w porównaniu do tego, że trzeba opróżnić suszarkę. Ładnie poskładać, ewentualnie poodkładać do wyprasowania, posegregować, poparować skarpetki, a potem wszystko ułożyć w odpowiednich szafkach/szufladach. A jak się pranie skończy to trzeba je rozwiesić, i to nie byle jak, tylko wszystko porządnie roztrzepać, żeby po zdjęciu nie wyglądało jak wyjęte psu z gardła. Ja te czynności wykonuje już machinalnie i dla mnie to żaden problem, ale nikt mi nie powie, że pranie robi się samo.

  • zmywanie naczyń - i znowu, podobnie jak z praniem, na początek trzeba opróżnić suszarkę, jak to zwykle bywa, każdy element do innej szafki i czasem w tych szafkach trzeba zrobić mniejszy lub większy porządek, żeby się ta patelnia czy garnek zmieściły. Potem sztućce, każde do swojej przegródki i na koniec umyć ociekacz. Posegregować naczynia, powyrzucać fusy, namoczyć co trzeba (tak, można to zrobić od razu po użyciu, ale nie zawsze się udaje) i zmyć. A potem opłukać, umyć zlew, przetrzeć szafki i kuchenkę.

  • podlewanie kwiatków - niezbyt skomplikowane, ale chwilkę czasu też zabiera

  • segregacja śmieci - osobno zbieramy szklane butelki i papier. A że zwykle butelki stawia się obok lodówki, kartony po pizzy też tam lądują to przychodzi moment, kiedy trzeba to wszystko powkładać w reklamówki i przygotować do wyniesienia 

  • wyniesienie śmieci - mamy trzy śmietniki w domu (łazienka, kuchnia i w pokoju - taki biurowy) więc każdy trzeba sprawdzić, wyjąć, nałożyć nowy worek i z tymi trzema workami udać się do śmietnika

  • zrobienie obiadu - czynność teoretycznie jedna, ale praktyka mówi co innego. Wczoraj zaplanowałam sobie pieczone udka. Kurczaka trzeba było najpierw wyjąć z zamrażarki, poczekać aż odtaje, przyprawić i zapakować do piekarnika. Ziemniaki obrać i ugotować. Zamiast surówki słoiczek ogórków od Mamy. Teoretycznie też "wszystko się samo robi", ale przecież nie zostawię tego i nie pójdę na zakupy.

  • zamiatanie/odkurzanie/mycie podłóg. Mamy w domu panele (pokoje) i kafelki (reszta) i może to moje widzimisię, ale zawsze przed odkurzaniem zamiatam normalnie szczotką. Mamy dwa koty, które drewniany żwirek roznoszą po całym domu i moje długie włosy - wszystko to daje niezły bałagan. W dodatku teraz jest okres zimowy i cały przedpokój jest w soli, pomimo wycieraczki przed i za drzwiami. Więc najpierw zamiatanie, potem dokładne odkurzanie, a na koniec zmywanie podłóg. W kuchni dwa razy. 

  • lista zakupów i zakupy. Dla mnie ważniejsza i trudniejsza jest pierwsza czynność. Trzeba przejrzeć czego brakuje, zaplanować mniej więcej posiłki na kolejnych kilka dni i jeszcze skonfrontować to z aktualnymi gazetkami promocyjnymi. Jeśli ma się dobrze zrobioną listę to sama czynność zakupów to wisienka na torcie. Raz dwa się obleci sklep i wrzuci do koszyka co trzeba. Potem to wszystko spakować, donieść/dowieźć do domu i znowu rozpakować. 

  • wysłanie kartki na dzień babci. Tak, trzeba wszystkie przejrzeć, zobaczyć czy życzenia pasują, ewentualnie napisać swoje, potem pójść na pocztę, ładnie zaadresować i stanąć w kolejce po znaczek. 
I tak to, o 17 wraca P. po 8h w pracy, owszem pochwalił, że pyszny obiad, że ładnie posprzątane, ale... pytanie o to, jak spędziłam "wolny" dzień rozłożyło mnie na łopatki. Leżałam i pachniałam, k***.

To nie tak, że ja nie lubię tego wszystkiego robić, to nie tak, że P. mi nie pomaga (bo w normalny dzień - on praca, ja uczelnia -  dzielimy się obowiązkami), tylko wymagam trochę szacunku dla kobiet, które poświęcają się pracy (tak! to jest praca!) w domu. Nie wierze w perfekcyjną panią domu, coś takiego nie istnieje. Owszem, można sobie tak zagospodarować czas, że na wszystko odrobina się znajdzie. Ale nie da się dawać z siebie 100% w pracy zawodowej, 100% jako gospodyni domowa, 100% jako rodzic, 100% jako kochanek/kochanka partnera, 100% jako dusza towarzystwa. Zawsze jest coś za coś. Trzeba znaleźć złoty środek i idę go szukać, godząc się z P.:)

piątek, 18 stycznia 2013

Mroźna kraina, Warzywa na patelnię

Z okazji wolnego dnia jestem strasznie rozleniwiona, więc wpis będzie krotki. Przedstawiam Wam moje ulubione warzywa na patelnię z Biedronki.

Jest to tani, szybki i zdrowy pomysł na obiad. Wystarczy je podsmażyć, dorzucić ugotowany ryż, doprawić do smaku (ja MUSZĘ dodać kolorowy pieprz!) i już można wcinać. Syte i smaczne.


czwartek, 17 stycznia 2013

Na miły początek dnia :)

Odkryłam ten kawałek dzięki życie jest piękne (genialny Maju!) jakiś czas temu i słucham jej na okrągło, kilka razy dziennie.


I jeszcze kawałek, który niejako pomógł mi przetrwać licealne czasy:



Miłego dnia:)

środa, 16 stycznia 2013

Paloma, Cukrowy peeling do rąk z olejkiem makademia i migdałowym

Jakimś cudem moje dłonie zimą są w lepszym stanie niż latem. No dobra, to żaden cud, tylko zimą poświęcam im dużo więcej uwagi niż podczas wakacji. Na przykład robię im peeling z kawy. Ostatnio podczas spontanicznych zakupów wpadł mi w ręce peeling Palomy.


Od producenta: 
 .
Delikatne dłonie już po pierwszym zastosowaniu!

Cukrowy peeling do rąk o relaksującym zapachu. Dzięki zawartości naturalnych kryształków cukru szybko i delikatnie złuszcza martwy naskórek, wygładza i zmiękcza, pobudza skórę do odnowy. Olejki makademia i migdałowy, wit. A i E zapewniają komfort podczas zabiegu - intensywnie nawilżają, odżywiają i natłuszczają naskórek, skóra odzyskuje aksamitną gładkość.

Sposób użycia:
Rozprowadzić peeling na zwilżonych dłoniach, delikatnie masować 2-3 minut, następnie zmyć ciepłą wodą. W celu uzyskania silniejszego efektu złuszczania należy nałożyć peeling na suchą skórę.

Moja opinia:
 Produkt znajduje się zakręcanym plastikowym pojemniku (125ml) typowym dla maseł do ciała. Bardzo miła oku szata graficzna idealnie pasuje do produktu. Niestety minusem są ostre krawędzie opakowania - już kilka razy się nimi podrapałam. 

Peeling pachnie kwiatowo, ale raczej bardziej świeżo niż słodko. W połączeniu z delikatnie różowym kolorem naprawdę sprawia, że człowiek odpływa w krainę marzeń. Na mokro jest bardzo przyjemny w użyciu, kryształki dość szybko się rozpuszczają pozostawiając przyjemną, tłustawą warstwę (olejki w nazwie to nie ściema). Po opłukaniu wodą dłonie sprawiają wrażenie bardzo delikatnych i zadbanych, czuć nawilżenie. Wersja na sucho nie przekonała mnie do siebie - zdecydowanie mało przyjemna. Zapach niestety nie pozostaje zbyt długo na dłoniach.
 


Podsumowując: 
Peeling jest moim faworytem w domowym SPA - miło pachnie i działa cuda. Potrafi poprawić humor:)

Kupiłam go w zestawie z kremem do rąk w sprey'u (recenzja też się pojawi) i odżywką do paznokci za 15 zł w Netto. Podejrzewam, że w drogeriach kosztuje ok. 8-10 zł.



wtorek, 15 stycznia 2013

Wyprzedaż w Biedronce

Lubię zakupy w Biedronce, ale od dzisiaj to ja kocham ten dyskont. Skoro świt wstałam i ruszyłam na podbój, naprawdę było warto.

Moje łowy:

1. Duży (470 ml) kubek z silikonową podstawką. Już go kocham miłością bezwarunkową! Cena 5 zł.



2. Waga kuchenna z przenośną miarką. Ma dwa elektroniczne wyświetlacze i jeszcze kilka funkcji, ale dokładnie się nie wczytywałam. Cena 10 zł.



3. Skarpetki z mikrofibry. Cieeepluutkie:) Cena: 1,99 zł



4. Dwie pary sandałków dla siostrzenicy. Cena 3 zł/parę. 



5. Wyciskacz do czosnku. Cena 4,99 zł.

 

6. i 7. Ściereczka kuchenna (Cena 2,99 zł) i silikonowa foremka (Cena 4,99). 



8. Lusterko dwustronne na nóżce z trzykrotnym powiększeniem. Cena 10 zł.



9. Bluzka fantazyjna. Spodobała mi się jak kiedyś była, ale po przymierzeniu stwierdziłam, że bardziej przyda się siostrze ciężarówce (tzn. ciężarnej:P) Cena 10 zł.



10. Kurtka sportowa. Były tylko L, trochę na mnie za duża, ale na taką pogodę idealna. Cena 44,99 zł.



11. Kontakty-włączniki, przydadzą się dla rodziców. Cena 1zł/sztukę.



12. Lampka z czujnikiem zmierzchu i ruchu. Cena 8 zł.


Za wszystko zapłaciłam ok. 120 zł, a biorąc pod uwagę, że początkowa cena kurtki to 129 zł to nieźle "zaoszczędziłam".



poniedziałek, 14 stycznia 2013

Nie taki diabeł straszny czyli chemia spożywcza :)

Na początek zaznaczam, że jest to moja opinia i nie wszyscy muszą (ba! nawet nie powinni) się z nią zgadzać. 

Jestem inżynierem biotechnologii (niedługo magistrem;P) wiem co nieco o biochemii, o metabolizmie człowieka, mutagenach i karcerogenach. Oprócz tego jestem świadomym konsumentem, mniej więcej znającym skład tego co jem - niekoniecznie go czytając. I wierzcie lub nie, ale większość "chemii" z produktów spożywczych po prostu przez nas przelatuje - organizm człowieka jest tak genialnym urządzeniem, że przyswaja tylko to, co jest mu potrzebne. 

Ale dzieje się tak TYLKO w normalnie funkcjonującym organizmie. Jeśli dostarczamy do niego wszystkie potrzebne mu składniki odżywcze to on nie będzie tracił energii na przyswajanie nienaturalnych związków. Inna sprawa, jak dostarczamy mu samej chemii - po jakimś czasie się przyzwyczaja i próbuje sobie coś wykombinować z tych śmieci - wtedy pojawiają się problemy. 

Należy jeszcze zwrócić uwagę, że ulepszacze typu glutaminian sodu pozwoliły odkryć nowy smak tzw. umami. Wcześniej nie zwrócono na niego uwagi bo bodźce naturalne były zbyt słabe. Osoby spożywające nadmiar takich substancji mogą mieć zaburzenia w odczuwaniu innych smaków - wszystko dosalają, pieprzą, a czekolada wydaje im się mało słodka. 

Żyję w utwierdzeniu, że ludzie odżywiający się normalnie (piramida zdrowia, 5 posiłków dziennie) zapewniają swojemu organizmowi wszystkiego w odpowiednich proporcjach. Jeśli mają ochotę na czekoladę to bez wyrzutów sumienia mogą ją zjeść - widocznie organizm potrzebuje solidnej porcji cukru. Chipsy do filmu? Żaden problem, byleby nie były zamiast kolacji. 

Nie jestem na diecie odchudzającej więc nie zwracam uwagi na każdą spożywaną przeze mnie kalorię. Ufam swojemu organizmowi - jeśli przy drugim ciastku do kawy czuję się zasłodzona to po prostu resztę odkładam. I nie obchodzi mnie ile ono ma źródeł cukru. 

Dla mnie większym zagrożeniem dla organizmu są np. leki. Weźmy takie tabletki antykoncepcyjne - SZTUCZNIE sterujemy swoim organizmem. Hormony to naprawdę potężne oręże, w organizmie praktycznie wszystko od nich zależy. Łykając tabsy oszukujemy organizm, że jesteśmy w ciąży - dla niego to znak do zmian - m.in. większego przyswajania. Tak, wiem - współczesne tabletki zawierają bardzo małe ilości hormonów, są przebadane itd., ale substancje dopuszczone do stosowania w przemyśle spożywczym też podobno takie są:)
Rutinoskorbiny i inne takie pomijam...




sobota, 12 stycznia 2013

Bonitki zbożowe

Z racji porządków (tym razem na komputerze bo na tradycyjne nie mam siły) wygrzebuję stare zdjęcia z folderu "na bloga". Dziś rano zajadałam się tymi ciachami, więc recenzja pisana na świeżo:)

Ta dam! Bonitki zbożowe z Biedronki!



Ciastka są naprawdę pyszne! Czuć w środku jakieś otręby, więc to zbożowe to nie tylko nazwa. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to ilość cukru, dla mnie spokojnie mogłoby go być dwa razy mniej. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: zjem dwa i jestem zasłodzona na cały dzień. Polecam do maczania w herbacie, mniam! I oczywiście jako "ciastka dla gości" ;)

Dodatkowym plusem jest dla mnie opakowanie, lubię takie co można wyciągnąć bezpośrednio na stół: mniej zmywania:D

Jest jeszcze wersja oblana pyszną, pełnomleczną czekoladą, ale dla mnie decydowanie za słodkie;)

Do kupienia tylko w Biedronce, za 2,79 zł (obie wersje).

czwartek, 10 stycznia 2013

Moje skarby ;)

Wczoraj P. zapoczątkował ogarnianie chałupy. Zrobił i zagospodarował wolną przestrzeń, zrobiło się bardziej minimalistycznie i chyba wygodniej. Postanowiłam nie być gorsza i oczyścić łazienkę, no dobra nazwę rzecz po imieniu, ogarnąć wszędzie porozstawiane tubki, butelki, cienie i kredki do oczu. Prace mogą trwać miesiącami, ale...

Zebrałam WSZYSTKIE kosmetyki w jednym miejscu do zdjęcia grupowego i pozytywnie się zaskoczyłam, nie ma ich wcale tak dużo:) Oczywiście jest to moja subiektywna ocena uprawniająca mnie do kolejnych zakupów ;)


Życie mi powodzenia w sprzątaniu tego wszystkiego;)

niedziela, 6 stycznia 2013

Vesuvio, Lasagne Bolognese




Lenia mam dzisiaj, ale odgrzebałam jakieś stare fotki (wybaczcie jakość) i przedstawiam Wam lasagne z Biedronki ;) Kupujemy ją dosyć często, ale nie jest to jakieś genialne danie.

Danie jest mrożone, do przygotowania używamy mikrofalówki, 8 minut i obiad za 5zł gotowy. Lasagne jest sycąca, dobrze przyprawiona, ale mam wątpliwości co do jakości mięsa w niej użytego - czasem trafia się jakaś chrząstka. Danie można jeść prosto z pudełka więc można zaoszczędzić sobie zmywania naczyń ;) Rewelacji nie ma, dla mnie to taka "zupka chińska" wersja bogatsza:P

sobota, 5 stycznia 2013

Styczeń miesiącem zużywania próbek

Jakiś czas temu robiłam porządek w szufladkach/koszyczkach/na półkach z kosmetykami i wszędzie znajdowałam próbki. Lubię jak pojawiają się w czasopismach, albo dostaję je w drogerii (w końcu są za darmo:D), ale prawda jest taka, że wcale ich nie używam. W styczniu postanowiłam się z nimi rozprawić.

Zrobiłam krótki przegląd, część oddam siostrze (nie dość, że po trzydziestce to jeszcze w ciąży - tak, bardzo się kochamy i uwielbiamy sobie dokuczać), część mamie (nie, no kremów +50 nie mam odwagi używać), a część wyrzuciłam (krem intymny nawilżający - wyobrażacie sobie romantyczną atmosferę przerwaną aplikacją kremu z rozerwanej saszetki...). Zostało mi to:


czyli kilka podkładów, kremów i masek do włosów.  Obiecuję rozprawić się z nimi w styczniu, żeby mi się już nigdzie nie plątały. A te, które do mnie trafią postaram się jak najszybciej wypróbować.

A może ktoś się przyłączy do mojego styczniowego zużywania?:)

piątek, 4 stycznia 2013

Moje włosy #1 styczeń 2012

Jednym z postanowień noworocznych jest zadbanie o włosy. Od końca liceum utrzymuje je w tonacji rudoczerwonej bo w takich kolorach czuję się najlepiej - jasny przekaz mojego charakteru ;) Pół roku temu odstawiłam prostownicę, olejowałam od czasu do czasu i zakochałam się w laminowaniu żelatyną. Teraz po prostu chcę to wszystko robić systematycznie.

Lubię swoje włosy, często słyszę komplementy na ich temat, że ich dużo i takie gęste i mocne. Taaa, tylko ja wiem, że końcowki są strasznie suche, a żeby ujarzmić czuprynę po myciu muszę się nieźle natrudzić. Z tego co się zdążyłam zorientować czytając blogi i fora to mam włosy falowane z tendencją do puszenia się. Tego szczerze nienawidzę. Marzę o ulizanej fryzurze.

Problem wypadania włosów co prawda mnie nie dotyczy, ale kuracja wygląda na całkiem zachęcającą:  Novoxidyl :)

Nie mam żadnego celu jeśli chodzi o długość, chcę je tylko trochę zapuścić, żeby mieć fajne U z tyłu. Mają być po prostu tak zdrowe jak na to czasem wyglądają. Chciałabym za to uzyskać ładniejsze fale i trochę te włosy obciążyć.
 Zdjęcie nie takie jakbym chciała, ale w obecnym stanie nie mam siły na kombinowanie. Kolor wyszedł trochę zakłamany, ale mniej więcej wszystko widać.
Włosy mam zamiar doprowadzać do porządku tym:

Postanowienia styczniowe:
  • olejowanie na przemian oliwą i alterrą dwa razy w tygodniu
  • laminowanie dwa razy w miesiącu
  • codziennie zabezpieczanie końcówek

czwartek, 3 stycznia 2013

Mrs. Potter's Balsam Idealna Równowaga

Bardzo polubiłam balsamy Mrs. Potter's w wersji do włosów farbowanych i ten z aloesem. Nic więc dziwnego, że chciałam wypróbować inne wersje i... żałuję. Balsam Idealna Równowaga teoretycznie został stworzony dla mnie: włosy przetłuszczające się u nasady i suche na końcach. 


Od producenta:
Balsam zawiera regenerujący ekstrakt z melisy, witaminy A, E oraz F zapewniające naturalną równowagę kwasową skóry głowy oraz odświeżający ekstrakt z limetki. Efekt: włosy są uniesione u nasady, odżywione na końcach i łatwiej się rozczesują. 

Sposób użycia:
Nanieść balsam na wilgotne włosy i spłukać.

Moja opinia:
Balsam zamknięty jest w dużej, wygodnej butelce. mały otwór idealnie dozuje produkt. Ta wersja ma bardziej treściwą konsystencję, ale w dalszym ciągu uważam go za rzadką - w końcu to balsam, a nie maska. Pachnie świeżo, cytrusowo, ale zapach nie pozostaje zbyt długo na włosach. Działanie...hm... jestem zawiedziona. Balsam zadziałał dokładnie odwrotnie niż powinien. Końcówki wyschły mi na wiór, a włosy bardziej się przetłuszczały, mam wrażenie, że moje kilkumiesięczne starania o piękne włosy  poszły na marne. Mam nadzieję, że uda im się szybko wrócić do formy. 

Powodem tego może być znacznie dłuższy i paskudniejszy skład:
 

Gdzie i za ile:
Carrefour ok. 6zł. Widziałam także w Realu.

wtorek, 1 stycznia 2013

Projekt denko #3 Grudzień

Fakt, przyznaję się bez bicia, w tym miesiącu sobie odpuściłam. Byłam wyjątkowo niesystematyczna, dlatego tak mało. Obiecuję, że w styczniu będzie dużo więcej bo jest jeszcze kilka tubek/butelek na wykończeniu. Oto moje osiągnięcia:


1. Mrs. Potters Balsam odbudowa i nawilżenie Aloes i jedwab. GE-NIA-LNY! Chyba lepszy nawet od swojego brata (tego do farbowanych). Najlepsza odżywka jakiej używałam. Może kiedyś pojawi się recenzja ;) Koszt to około 7 zł za 500 ml.

2. Szampon ziołowy Letnie Zioła tataro-chmielowy z odżywką. Kupiony w przypływie szału na kosmetyki. Ogromna, litrowa butla glutowatego brązowego szamponu. Żeby umyć włosy trzeba było użyć dość dużej ilości, ale dawał sobie radę nawet z olejami. Pachniał ziołowo, ale słabo się pienił. Jaka cena taka jakość - za litr zapłaciłam ok. 3zł.

3. Odżywka Conditioner Hair Expert - krótko mówiąc polecam jako bazę do własnoręcznie robionych masek -  recenzja TUTAJ!

4. Colodent super świeżość - pasta do zębów, w smaku całkiem ok, fajnie odświeżała, ale należy do przeciętnych. Potrzebowałam czegoś na szybko i padło na tą. Kosztowała ok. 3 zł/100ml

5. Lady Speed Stick 24/7 fruity splash - teraz używam już czwartego opakowania :) Całkiem przyjemny antyperspirant w mojej ulubionej formie - sztyft. Fajnie pachnie, działaniem też mnie zachwycił. Jedyny zarzut to brudzenie koszulek, nie na biało, nie na żółto, no nie umiem tego określić, ale musiałam już jedną koszulkę wyrzucić. Po skończeniu kolejnego przerzucę się na inny, co by się nie przyzwyczaić. Kupowałam w promocji za ok. 6 zł.

6. Rival de loop, Zielone Jabłko, Maseczka z naturalnym sokiem z zielonych jabłek. Dla mnie po prostu uprzyjemniacz, miły zapach i tyle;) Po jednej saszetce nie jestem w stanie wyrobić sobie zdania o działaniu. Na pewno kupię znowu do dalszych testów. 1,29/2x8ml

7. Próbka Rimmel Match Perfection - kolor 200 Soft Beige - bardzo przypadł mi do gustu, kolor był strzałem w 10, poczytam jeszcze trochę opinii i może się skuszę na pełnowymiarowy produkt.

8. Veet, krem do depilacji Mleczko z lotosu i Zapach jaśminu (różowy) - nie, nie lubię depilacji kremami. Nie lubię być kurczakiem z rożna i kropka. Ceny nie pamiętam bo kupiłam go lata świetlne temu (spokojnie, termin ważności kończył się w 2013). 

I to by było na tyle. Aktualnie jestem na wykończeniu dwóch korektorów, więc to będzie niemały kolorówkowy sukces;)