(Nie)typowy dzień kury domowej #2

7.00
Pobudka. Ostatnio zupełnie nie wychodzi nam wczesne wstawanie. Wczoraj obiecaliśmy sobie, że jak nie wstaniemy z budzikiem, to nie tykamy komputerów. Jak widać, wstaliśmy :) Poleniuchowaliśmy trochę w łóżku, potem P. poszedł zrobić śniadanie, a ja nakarmiłam koty. Leniwe śniadanie z leniwą kawą...

8.00
Nie ma jak to zacząć dzień od wstawienia prania - kilka minut roboty, a ma się poczucię, że odwaliło się kawał dobrej roboty. Z naczyniami zeszło mi trochę dłużej, ale czas na następną kawę się znalazł. 

9.00
Rozwieszenie prania i pogaduchy z siostrą. Tak, potrafimy rozmawiać całą godzinę. Podsunęła mi pomysł na drugie śniadanie dla P - kiełbaski-sprężynki.

10.00 
Z tymi kiełbaskami się trochę namęczyłam, ale P. był zadowolony. Potem chyba trochę interneciłam, ale jeszcze śmieci wyniosłam.

11.00 
Zadzwoniła mama - z nią też mogę rozmawiać godzinami. Ale wyrobiłyśmy się w jakieś 45 minut dzisiaj :) Resztę czasu spędziłam na szorowaniu czajnika i robieniu zdjęć na bloga. Nie czajnikowi, tylko proszkowi do czyszczenia. (Czajnika się wstydziłam pokazać:D)

12.00 
Wzięłam się za czytanie Biologii Molekularnej - porobiłam sobie nawet fajne notatki o agroinfekcji. Przydadzą się kiedyś na drugi blog. 

13.00
I czytałam i czytałam... A potem pocięłam i przyprawiłam cycki kurczaka na sałatkę. I w końcu zebrałam z łazienki walające się puste opakowania do projektu denko. 

14.00
Wzięłam się za obiad. Dziś było eksperymentalne danie jednogarnkowe: czerwona fasola chilli z puszki, ziemnkiaki w kostkę i kiełbasa w talarki. Wyszło piekielnie (dosłownie!) pyszne. Zdążyłam jeszcze napisać wczorajszego posta.

15.00
Pograliśmy wspólnie z P. w World Of Tanks. Spektakularnych wyników nie miałam, ale kilu z mojej lufy poległo. Aaa i jak ja lubię francuską artylerię!

16.00
Po wyczerpujących walkach wszamaliśmy obiad, a wiadomo, że po obiedzie trzeba odpocząć. Relaksowaliśmy się przy Monopolu - przegrałam z hukiem. Jestem bankrutem.

17.00 
P. ma nockę, więc pora szykować jedzonko do pracy. Zrobiłam sałatkę i tosty, ale spakowałam mu jeszcze kefir i na osłodę tabliczkę czekolady :) Niech mu nocka słodką będzie;)

18.00
Wzięłam się za sprzątanie balkonu - pozamiatałam, poukładałam co mogłam i zaczęłam się wkurzać, że jeszcze nic nie zaczęliśmy tam robić... A żeby było jeszcze mniej przyjemnie, to popłaciłam WSZYSTKIE rachunki w tym miesiącu.

19.00
Zaczęłam szukać inspiracji balkonowych i coraz bardziej się załamuję - nie mam pojęcia czego chcę :(

20:00
Ogarnęłam kuchnię - zmyłam naczynia po obiedzie, posprzątałam z szafek, dosypałam kotom jedzenia itp. Pomogłam jeszcze mamie aktywować antywiurusa, przez telefon oczywiście. 

21.00
Wkroczyłam do łazienki - wyszorowałam kabinę prysznicową i pochowałam wszystkie kosmetyki, których nie używam na codzień - w końcu widać blat pralki ;) Mycie zlewu, lustra i te sprawy... W międzyczasie na ryjek nałożyłam błoto z Morza Martwego - uwielbiam się wtedy przeglądać w lustrze:D

22.00
Wzięłam dłuuuuugi prysznic. Odkryłam, że nowy balsam pachnie mi maciejką! Teraz mogę poleniuchować jeszcze bardziej... Internety mnie wciągnęły.

00.00 
Właśnie kończę pisać tego posta... I w końcu zobaczę jak działa publikacja w terminie późniejszym ;)


Share this:

CONVERSATION

3 komentarze: