sobota, 31 maja 2014

Swojska Chata - Krokiety z kapustą i grzybami z Biedronki

Zdrowe odżywianie zdrowym odżywianiem, ale czasem można sobie zaoszczędzić czasu i kupić gotowca. Najlepsze krokiety oczywiście robi moja mama (P. i pół akademika może to potwierdzić), ale dla mnie to zdecydowanie za dużo paprania. No to dzisiaj padło na krokiety z Biedronki - Swojska Chata. 


Krokiety dla Biedronki produkuje "U Jędrusia". Znajdziemy je w lodówkach, na takich plastikowych tackach pakowane po 6 małych sztuk (400g). Kosztują coś ok. 4 zł. Szczerze mówiąc w opakowaniu wyglądają całkiem nieźle i narobiły mi dzisiaj smaka ;)

Po przeczytaniu składu już nie byłam taka zadowolona, ale jak to mówią: "od czegoś trzeba umrzeć" ;)


Na patelni też się dobrze prezentowały:


Ale najlepiej chyba na talerzu:


A co ze smakiem? Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie farsz - spodziewałam się nijakiej papki, a dostałam dobrze przyprawioną kwaskową kapuchę. I nawet te nikłe ilości grzybów były wyczuwalne. I na tym niestety koniec pozytywów, bo ta pyszna kapusta owinięta jest w jakiś mączny ulepek. Panierka wcale nie była lepsza... Miałam wrażenie, że jem granulowaną mąkę. 

Podsumowując: kupiłam - zjadłam - żyję - więcej się nie skuszę

A tak z innej beczki: porcja to trzy krokiety, którymi ja osobiście się nie najadłam. A to aż 400 kcal... Chyba zaczynam mieć świra na punkcie tych małych stworzonek, które w nocy zwężają mi spodnie ;)

A Wy kupujecie gotowce? Polecacie jakieś? 

czwartek, 29 maja 2014

Chyba chudnę :)

W końcu jestem z siebie zadowolona. Ostatni miesiąc to była wieeeelka wagowa huśtawka pomiędzy 69,1 a 66,4 kg. Teraz raczej wszystko już mi się unormowało i leci w dół. Najbardziej oczywiście cieszę się z wymiarów:


Razem -13cm choć po wadze tego nie widać :) Dumna jestem jak cholera. No dobra, to -6cm w brzuchu to bardziej zejście dziwnej opuchlizny przedokresowej, ale teraz wyglądam w lustrze o niebo lepiej niż miesiąc temu.

Co się działo w tym miesiącu?
  1. Zmieniliśmy "trochę" dietę. Większość obiadów przygotowuję na parze, nawet nie miałam pojęcia, że gotowany kurczak może być taki pyszny. 
  2. Od kilku dni staram się zapisywać dokładnie co jem, pod koniec dnia gołym okiem widać, co było zupełnie niepotrzebne.
  3. Nigdy też specjalnie nie liczyłam kalorii, ot czasem coś tam przeczytałam przy okazji studiowania składu. Dlatego byłam mega przerażona faktem, że placek tortilli ma aż 200 kcal! Przecież to tyle samo co dwa kalafiory! Powolutko zaczynam eliminować takie produkty.
  4. Aaa i jeszcze zakochałam się w zielonej soczewicy.
  5. Staram się ćwiczyć. Aktualnie jestem w trakcie poszukiwania aktywności idealnej dla mnie. Kilka dni poćwiczyłam z Mel B, trochę z Tiffany, kombinowałam z ćwiczeniami na poszczególne partie ciała - nie za dużo - jakieś 15-20 minut co trzy dni.I kilka razy poskakałam na skakance.
  6. Od tygodnia codziennie przez ok. 20 minut kręcę hula-hop. Odpalam ulubione kawałki, albo filmiki na YT i kręcę. Czasem nawet czytam książkę. Jak tylko kręcę to strasznie mi nudno:D 
  7. Dziś jest ósmy dzień wyzwania 30 dniowego i na szczęście mam REST DAY :D 

http://nsfitbitch.wordpress.com/2013/05/08/30-day-ab-challenge/


Dzisiaj też zaczęłam biegać. Skoro większość daje radę, to dlaczego ja miałabym sobie nie poradzić? Wczoraj przeczytałam TEN artykuł, a dzisiaj rano po prostu założyłam buty i poszłam biegać. Moim celem jest przebiegnięcie spokojnie 60 minut - nie wiem kiedy, ale zrobię to!

www.trenerbiegania.pl
Teoretycznie moim celem jest waga poniżej 60kg, chcę zobaczyć na wadze upragnione 59,9 :) Ale zanim to się stanie mam nadzieję, że wyrobię sobie odpowiednie nawyki żywioniowe, polubię ćwiczenia i będę tryskać energią ;) 

A za dzisiejsze bieganie kupiłam sobie prezent:

Jeszcze się nie wgłębiałam w szczegóły, ale mam nadzieję, że znajdę w niej coś fajnego :) 

A teraz powiedzcie szczerze, mam prawo być z siebie dumna, czy jeszcze na to za wcześnie? :>

środa, 28 maja 2014

(Nie)typowy dzień kury domowej #1

Kiedyś już Wam pisałam, że nie ma dni z identycznym rozkładem jazdy. P. pracuje zmianowo i próbujemy się oboje jakoś do tych zmian dostosować tak, żebyśmy mieli czas i dla siebie i dla tego drugiego :) Do mnie należy większość obowiązków domowych, które szczerze mówiąc wykonuję z uśmiechem i kurczę, nawet mycie podłogi sprawia mi przyjemność. Bo to NASZE gniazdko, bo NAM będzie przyjemnie leniuchować w posprzątanym domku. 

Ok, przedstawiam mój wczorajszy rozkład jazdy:

10.00
Pobudka. P. ma zmianę na 12, więc mogliśmy sobie pospać. Zwlekam się z łóżka, w piżamie i potarganych włosach robię śniadanie. Później odsmażam pierogi i wkładam P. do plecaka II śniadanie (bułki), obiad (pierogi) i podwieczorek (jabłka). Daję mu jeszcze buziaka w progu i zamykam za nim drzwi. 

11.00
Ok, mam czas żeby się ubrać i uczesać. Wciągam dresy, koszulkę na ramiączkach i zaplatam warkocza. Patrzę w lustro i ze zdumieniem stwierdzam, że nawet jakoś wyglądam. A potem idę zmywać górę naczyń. Tzn. na początku zbieram wszystko z szuszarki, upycham garnki w szafce, a dopiero później przechodzę do zmywania właściwego. 

12.00
Dzwoni siostra i mówi, że od 8 nie może się dodzwonić do mamy. Obdzwaniamy więc pół rodziny (bo mama ZAWSZE dzwoni do nas rano) w poszukiwaniach - nikt nic nie wie. Ale z siostrą sobie pogadałam, załatwiłam m.in. sokowirówkę. A potem wciągnął mnie Internet. 

13.00
Internetu ciąg dalszy - przejrzałam wszystkie gazetki promocyjne i znalazłam fajną ofertę na smartfona w Biedronce - tylko 350 zł. Potem wzięłam się za ogarnianie kuchni: wiecie, ścieranie z szafek, odkładanie wszystkiego na miejsce, wyniesienie śmieci. Z rzeczy ekstra: poprzecierałam fronty szafek i zasypałam kretem odpływy. A w sypialni w końcu pościeliłam łóżko porządnie (zbierałam się do tego od tygodnia:D)

14.00
Dzwoni mama, że jest cała i zdrowa. Pojechali sobie na zakupy i zapomnieli telefonów. Obiad zjadłam więc na spokojnie. Potem przeglądałam sobie blogi przy kawie, a na koniec ogarnęłam całą sypialnie i pokój + wycieranie kurzy w całym domu.

15.00 
Odkurzyłam całą chałupę i pozmywałam podłogę na mokro. Po takiej ciężkiej pracy należała mi się "chwila" w Internecie - bo przecież coś trzeba robić, jak podłoga schnie. 

16.00
Tworzyłam wczorajszy wpis na bloga. Najpierw strzelałam fotki masce, potem obróbka zdjęć i samo pisanie posta. Godzinka zleciała.

17.00
Pogadałam sobie na spokojnie z mamą przez tel. Zapowiedzieliśmy się na 2.06, wymieniłyśmy się nowinkami o naszych kwiatkach w domu itp. No i znowu wciągnął mnie Internet.

18.00
A tu się muszę pochwalić, bo ćwiczyłam. Aktualnie jestem na szóstym dniu wyzwania (zmiana w 30 dni, haha), oprócz tego poskakałam sobie na skakance (wytrzymałam całe 2 minuty - dla mnie sukces) i pokręciłam sobie 10 minut hula-hop. Potem wzięłam się za angielski (duolingo) i wskoczyłam na 10 poziom :) 

19:00
Kolejna kawa i popołudniowa dawka blogów. A potem obejrzałam sobie konferencje TED kręcąc hula-hop. W końcu odnalazłam idealne połączenie, bo samo kręcenie i samo oglądanie filmików/filmów mnie nudzi ;) 

20.00 
Zaczęłam kombinować z szablonem bloga. Co wykombinowałam, to możecie aktualnie zobaczyć. Powiem nieskromnie, że mi się podoba i raczej w tym kierunku będę go udoskonalać. Krytykę przyjmuję na klatę, a za wszelkie rady będę bardzo wdzięczna.

21.00 
P. wraca z pracy. Pomaga mi trochę przy szablonie (to człowiek, który daje wędkę i radź sobie sama), a potem jemy razem kolacje.

22.00
To jak? Kawa? Duży kubeł kawy i każde zasiada do swojego komputera - wszyscy są szczęśliwi :D Co jakiś czas którereś woła, że znalazło/przeczytało coś ciekawego. Ma ktoś może zbędne 600 zł? Bo P. spodobał się super hiper taktyczny plecaczek na spacery... ;) 

01.00
Powoli zbieramy się do sypialni, sprawdzamy czy w domu zgadza się stan kotów i odpalamy The Simpsons - to taka nasza dobranocka :)

Jak widać typowy dzień kury domowej nie jest wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że w połączeniu z dziećmi może być trudniej, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia dobrej organizacji i elastyczności. Patrząc na to ile czasu spędzam przy komputerze to chyba nie powinno być problemem ;) 

P S Dziś śniadanie robił P. Pyyyyyszne naleśniki z czeeeekoladą :D

wtorek, 27 maja 2014

Kallos, Argan Colour Hair Mask do włosów farbowanych

Zacznę może od tego, że odżywki/maski do włosów zużywam w ilościach hurtowych. Moje włosy wpijają w siebie praktycznie wszystko, co nałożę. Żadna odżywka/maska do spłukiwania mi ich jeszcze nie przeciążyła, ba! one nawet potrafią wchłonąć kilka łyżek oleju ;) 

W związku z powyższym szukałam masek o dużych pojemnościach. W Internecie aż huczy od polecania Kallosów, więc się skusiłam. Kupiłam małą Latte i litrową Argan Colour Hair Mask. Pierwsza wylądowała już w denku, a dzisiaj będzie o drugiej.



Od producenta:
Nabłyszczająca, odżywiająca maska do włosów. Włosy stają się błyszczące, jedwabiste i łatwo się rozczesują. 

Sposób użycia: 
Zaaplikować na umyte włosy, zmyć po 10 minutach, stosować 2 razy w tygodniu. 

Skład:

Jak widać, arganu nie uświadczymy. Według mnie nazwa jest bardzo myląca, ale producent podobno tłumaczy się tym, że to maska o zapachu arganu... Tjaa... 

Opakowanie:
Litrowy zakręcany plastikowy pojemnik. Łatwo otworzyć go mokrymi rękoma, ale w połowie produktu dość ciężko się go wygrzebuje. Lepiej sobie przelać do mniejszego opakowania. 

Moja opinia:
Pierwsze na co zwróciłam uwagę, to zapach. Jest bardzo intensywny, nawet dość przyjemny, ale chemiczny. Nie wyczujemy tu żadnych kwiatków... Utrzymuje się na włosach, ale ten zapach jest zdecydowanie słabszy niż w opakowaniu. Maska jest dosyć gęsta, ale jak przechylimy pojemnik to sobie z niego powolutku wypłynie... Bardzo fajnie rozprowadza się ją na włosach, daje taki przyjemny poślizg. Włosy łatwo sie po niej rozczesują, dają się układać i są lejące. Moje włosy bardzo trudno ujarzmić, więc za działanie maska ma u mnie wielkiego plusa.


Gdzie i za ile?
Kupiłam w Hebe za 9,99 zł/1000ml. Dostępne są też w hurtowniach fryzjerskich i oczywiście w Internecie.

Pomijając nazwę, to naprawdę całkiem fajny produkt. Dodatkowo może służyć jako baza do własnych kombinacji - jeszcze nie próbowałam, ale w przyszłym miesiącu się skuszę. A właśnie - czerwiec ogłaszam miesiącem włosowym ;) Ktoś się przyłącza? Będę szalała z olejami, popróbuję własnych wynalazków itp. 

piątek, 23 maja 2014

Kosmetyki na lato

Nienawidzę upałów. Zdecydowanie jestem zwierzem zimnolubnym, najlepiej mi się żyje w temperaturze ok. 20 stopni, choć przyznam że czasem mam ochotę się wygrzać tak przy max. 25. Powyżej się rozpływam. 
Niestety nie zapadam na sen letni, więc trzeba sobie jakoś radzić. Z pomocą przychodzą mi kosmetyki ;)


1. Orzeźwiające żele pod prysznic. 
W czasie upałów potrafię się myć co kilka godzin, byleby się tylko schłodzić. Nie byłaby się chyba w stanie umyć jakąś wanilią czy mlekiem i miodem - musi to być koniecznie coś cytrusowego. Tu akurat Luksja i Isana, ale z orzeżwiających zapachów dobrze sparawdzają się też żele Orgininal Source. P. ma żel Fa z efektem chłodzącym, znacie może takie dla kobiet? 


2. Balsamy o świeżym zapachu i serum chłodzące.
O i tu mamy dosyć duży wybór chłodzących - większość wyszczuplających/na celluit daje taki efekt. Smaruję się nimi w takich ilościach, że nie wiem czy coś ze mnie po lecie zostanie :D Jeśli chodzi o balsamy to ten z trawą cytrynową ma idealny na upały zapach, ale pomarańczowa Ziaja też daje radę :) 



3. Kosmetyki do/po opalaniu. 
Opalanie? Nigdy w życiu! ;) Ale żeby nie wyglądać jak blada ściana wspomagam się balsamem brązującym Ziaja Sopot. Daje bardzo fajny efekt naturalnej opalenizmy i nie idzie sobie nim chyba krzywdy zrobić (jak ja sobie nie zrobiłam, to inni tym bardziej). 
Czasem się jednak zdarzy, że spędzam na słońcu dość długo, więc smaruję się kremem z filtrem - wiem, 10 to bardzo niski, ale u mnie się sprawdza na takie sporadyczne akcje.
Kojący żel po opalaniu ratuje zawsze kark P. A i mi kiedyś rękę uratował, jak poparzyłam się wrzątkiem :) 
Krem dla dzieci z filtrem 50. Kupiłam Babydream na spróbowanie, bo był w śmiesznie niskiej cenie - niecałe 4 zł ;) Używać będę do wspomnianego karku P. no i zobaczymy czy nada się na moją twarz ;)


4. Mgiełka i płyn micelarny. 
Mgiełka Playboy raczej na upały się nie nadaje, bo zapach (jak dla mnie) ma niewakacyjny ;) Muszę się zaopatrzeć w owocowy zapach, polecacie coś? A mgiełka, bo po pefrumach mam wrażenie, że się cała kleję... 
Jak myję się kilka razy dziennie, tak twarz przecieram kilkadziesiąt... Przez ostatnie lata korzystałam z toników, ale myślę, że płyn micelarny będzie lepszy. Mam dwie butelki micela BeBeauty, więc może mi starczy do końca czerwca ;)


5. Żel na ukąszenia i chłodzący żel do stóp. 
Wyznaję zasadę, "że jak swędzi to trzeba drapać" w wyniku czego w nocy nieświadomie drapię się do krwi i budzę się ze strupkami. Dlatego zawsze pod ręką mam żel na komary. Latem wiecznie mi gorąco w stopy, więc takie żele zużywam hurtowo - po prostu nie zasnę jak się takim nie wysmaruję. Ten rossmanowski strasznie się klei, więc jak go wykończę, to zrobię zapas biedronkowego :)

Zabrakło tutaj jeszcze sprey'u na komary, bo się gdzieś zapodział ;) 

A Wy jak sobie radzicie z upałami? Macie jakieś kosmetyczne patenty?

PS Pamiętajcie, że najlepszym kosmetykiem jest po prostu szklanka wody! Może być z cytryną ;)

czwartek, 22 maja 2014

Co Huszi kupiła #5

Dziś będzie skromniutko, bo postawiłam sobie trochę pooszczędzać (tak, tak, można się głośno śmiać). I ta pogoda zdecydowanie zniechęca do wychodzenia z chłodnego domku...


NETTO:

1. Zabawki dla kotów 1,49 zł/sztukę. Chyba gdzieś się w cenach walnęli, bo ta panterkowa piłeczka z piórkami jest chyba najporządniejszą zabawką naszych futrzaków. Rybka troszkę mniej, ale za ten bezcen, to ok. 


2. Foremka do ciastek - puzzle w kształcie dinozaura - 1,50 zł! Będzie na prezent dla siostrzenicy. Z ciekawości sprawdziłam, po ile takie w necie chodzą, jak zobaczyłam cenę 38 zł to mało z krzesła nie spadłam. Nie wydaje mi się, żeby te ciacha jakoś super się ukladały, ale w piaskownicy czy do ciastoliny się przyda na pewno :)


3. Fartuch kuchenny w sowy - 16,99 zł. Będzie na prezent na Dzień Matki, bo mama za sowami przepada i swego czasu je nawet kolekcjonowała.

4. Łapki do garnka w sowy - 4,99 zł/sztukę. Jak wyżej. Muszę tylko dokupić jeszcze coś niepraktycznego:D

BIEDRONKA:


5. Cif Kuchnia w spreyu 500ml + zapas 500ml w zawrotnej cenie 4,89zł za komplet. Podobno dobry, zapach mi troszkę nieodpowiada, ale może zacznie pachnieć "czystością" w domu:D


6. Cebulki Trigidi 1,99zł/10sztuk - coś tam z tygrysem i japonią ma to wspólnego:D Ot, spodobały mi się, a na balkonie walała się pusta skrzynka. Już posadzone i mam nadzieję, że wyrosną :)

Skromnie, prawda? ;)

PS Jecie soczewicę? Niedawno kupiłam, gotowałam już dwa razy i się zakochałam w tym smaku. Chcecie wpis?:>



wtorek, 20 maja 2014

Jak do mnie trafiacie? - Kwiatki z google :D

Bloga prowadzę od prawie trzech lat i czasem spoglądam na frazy z wyszukiwań. Wczoraj przewertowałam ich ponad pięć tysięcy i znalazłam parę dziwnych haseł:

1. Obcinacz do jajek.
Ałć! No dobra, wiem o co chodzi, no ale nie mogłam pozbyć się tego bolesnego skojarzenia.

2. "to może być przyjemne"
No ba, że może! Tylko niech ktoś mi powie co, bo ja sobie lubię życie uprzyjemniać ;)

3. Balsam do ust o smaku bekonu
Jak to przeczytałam na głos, to P. zapragnął taki mieć. A potem powiedział, że jak usmażę mu boczek to sobie nim usta wysmaruje.

4. Biedronka do obierania
Błagam, niech nikt nie obiera biedronek! To takie śliczne robaczki <3

5. Co jest potrzebne, żeby móc hodować świnie?
Chyba jakaś zagródka, troszkę błotka i dużo jedzonka. I jak to do zwierząt - duuuuużo miłości! ;)

6. "Czołg mendelejewa" i "czołg ze świni"
Ok, lubię grać w Word of Tanks, ale ani moje czołgi ze świni ani tym bardziej nie należą do Mendelejewa.

7. Do malowania nie kapie
A ja nie kapuję.

8. Dzień Pani Domu
Codziennie! :)

9. "Gotowanie z alom" 
Nie znam żadnej Ali, z którą mogłabym gotować :( Jeśli czyta mnie jakaś Ala, która chciałaby ze mną gotować, to się odezwij! ;)

10. Ile kosztuje złoty smok w biedronce?
Można kupić smoka w Biedronce? Shut up and take my money!!! Ok, wiem że to tylko marka zupek chińskich :(

11. lakier do włosów biedronka wysokość
Ktoś kupuje lakiery dopasowane do wysokości szafki? ;)

12. Lidl kalorie
No w całym sklepie to chyba miliony...

13. Obiad dla 4 facetów
Kurczę, współczuję. Ja jednego ledwo wykarmiam...

14. Piłka do ćwiczeń z cyckami
No jak na niej usiądę to ma cycki ;)

15. Po kawie rozpuszczalnej szczypią mnie oczy
A mi od wiatru, buu.

16. Poparzyłam skórę głowy folią aluminiową.
Nie mam pytań...

17. Śmieszne teksty o chusteczkach nawilżających - ironicznie o tych specjałach
Kurde, nie widziałam żadnego kabaretu na ten temat. Ściereczki mają przecież ogromny potencjał!

No i na tym koniec ;) Pośmiałam się trochę, ale zaraz sobie przypomniałam, że ja też czasem głupoty do przeglądarki wpisuję... ;)

poniedziałek, 19 maja 2014

Doniczka kaskadowa + moje ziółka

Marzy mi się ziołowy zakątek na balkonie, ale na spełnienie tego marzenia muszę raczej poczekać do przyszłego roku. Teraz próbuję kombinować z ziółkami w domu :) W zeszłym roku siałam do malutkich doniczek, a w tym wymyślilam sobie doniczkę kaskadową. Upatrzyłam sobie takową na allegro jakiś czas temu, ale jak to ze sklapami internetowymi bywa - ciągle zwlekałam z zamówieniem. A tu Biedronka zrobiła mi niespodziankę:


wtorek, 13 maja 2014

"Normalne" zakupy Kury Domowej vs Zakupy Koguta

Kiedyś publikowałam tygodniowe zakupy, chciałam teraz do tego wrócić, ale nie się nie da. Od początku marca nie możemy się ogarnąć z porządnymi jadłospisami i regularnymi zakupami. Zawsze wyskoczą jakieś urodziny/święta/urlop, co nam rozwala tygodniowy plan ;) Tęsknię za rutyną, serio.

Lubiłam te wspisy, więc nie chcę z nich rezygnować. Poniżej moje zakupy uzupełniające lodówkę (dzień wcześniej zamawiałam cięższe rzeczy z e-tesco):

poniedziałek, 12 maja 2014

Urządzenie do pielęgnacji twarzy, czyli elektryczna szczoteczka z Biedronki

 Biedronka powtórzyła ofertę i od 15.01.2014r. (KLIK!) znowu można ją kupić :) A jak macie ochotę poczytać recenzję po pół roku używania do zapraszam do świeższego posta - (KLIK!)

Szukałam jej całe trzy dni i odwiedziłam w tym czasie trzy Biedronki ;) Czyli można powiedzieć, że się niezbyt nalatałam. No ale MAM ją! I... jestem zachwycona :)


Za niecałe 20 zł dostajemy takie ładny komplecik w wygodnym, plastikowym etui. Wygląda to wszystko całkiem przyzwoicie. Zestaw składa się z urządzenia (baterie są w zestawie) i czterech nasadek: szczoteczka, masażer?!, lateksowa i zwykła gąbeczka. 


Można powiedzieć, że to taki clarisonic dla ubogich (tak, tak, wiem, że tam jest inna zasada). No ale do rzeczy. Od razu po przyjściu ze sklepu zmyłam makijaż i szalałam ze szczoteczką. Bardzo ładnie oczyściła mi buźkę - efekt porównywalny do błota z Morza Martwego, a masażerem wklepałam sobie krem. Efekt mnie zadowolił i myślę, że wkroczę na kolejny stopień oczyszczania mojego ryjka. 

Nie spodziewajmy się jednak po urządzeniu za 20 zł super jakości. Po bliższym przyjrzeniu się widać pewne niedoróbki, plastik też nie jest pierwszej klasy. Ale stosunek jakości do ceny uważam za słuszny. Za ta działanie na plus.

Koniec recenzji na szybko. Jeśli macie ochotę, to się spieszcie! 

A może ktoś już ma i podsunie pomysły na wykorzystanie tych gąbeczek? 

niedziela, 11 maja 2014

Zbędne gadżety kuchenne.

Zacznijmy od tego, że pomysł na post jest P. i jemu też go dedykuje. Nie mam zielonego pojęcia, czemu za każdym razem mi o nim przypominał akurat wtedy, kiedy szukał czegoś w moich magicznych skrzyneczkach ;) Post jest bardzo obiektywny - P. sam mi wyjmował rzeczy, których wcale nie używam (dobrze, że nie wie o innych kryjówkach ;)

No dobra, nie oszukujmy się. Często znoszę do swojego gniazdka nowe gałązki do domu i "czasem" są one zupełnie bezużyteczne. Poniżej zbiór pierdółek, które w naszym domku nie mają racji bytu. Co wcale nie znaczy, że w Waszych nie będą, hihihi ;)


1. Dekoratory do kawy. Robienie trzywarstwowej kawy opanowałam, odpowiednie spienienie mleka także, ale... do takich zabawek serio potrzeba porządnego ekspresu. Inaczej wzorek rozmywa się po kilku sekundach - skutecznie mnie to zniechęciło do dalszego używania. W ich obronie wymyśliłam kilka innych zastosowań (dekoracja ciast, rysowanie wzorków itp.), więc zostają w kuchni ;)


2. Moździerz. No kurczę no, "chorowałam" na ten sprzęt około roku zanim kupiłam. I nic w nim nie robię... Ale zacznę, obiecuję!


3. Coś do wyjmowania czegoś. Nie pytajcie, nie pamiętam co miałam na myśli, kiedy to kupowałam. Trzeba poszukać kolejnego właściciela...

4. Pałka do ucierania masy. Moja wina, że nie lubię ciast z masą, albo że nie mamy jeszcze dzieci, które przebierają się za króla i potrzebują berła?


5. Szczypce do grilla. No przecież mamy grill elektryczny i nawet go używamy... Ok, ok. Łatwiej i wygodniej po prostu widelcem. Nawet już wiem, komu je oddamy ;)

6. Trzepaczka. Powinna być w każdym domu, prawda? No to jest. A nóż widelec kiedyś prądu zabraknie, albo mikser się zepsuje, a nam się zachce ciasta?


Tu potrzebny jest wstęp: lecę na silikon. Nie ważne co, ważne że silikonowe - można powiedzieć, że to moje motto zakupowe. Powyżej silikony, które okazały się niewypałem.

7. Wyciskacz do cytrusów. Najpierw trzeba się namęczyć, żeby wsadzić tam owoc. Potem trzeba użyć sił nadprzyrodzonych, żeby jak najwięcej z niego wycisnąć. A na koniec trzeba się pomęczyć z wyjmowaniem pozostałości. Co w zamian? Fajnie sok sika przez te dziurki ;)

8. Foremka do jajek. Nie mam cierpliwości po prostu. Bo żeby wyszedł ładny kwiatek, to trzeba foremkę docisnąć porządnie - a i tak białko bokiem wycieka... i trzeba poodcinać.

9. Obierak do czosnku. Ta rureczka nawet działa. Tylko, że szybciej i wygodniej małym nożykiem. A zapach czosnku na rękach to ja nawet lubię, jak gotuję ;)

10. Forma do gotowania jajek. Myślałam, że pomoże nauczyć mi się gotować jajka na miękko, ale nic z tego. Jeszcze zanim wyjęłam ją z opakowania, kot zgryzł mi uchwyt. Zrobiłam kolejny, który skończył tak samo jak poprzedni... I w ogóle okazało się, że muszę wstawiać te jajka w wielkim garnku, bo w małym woda ich nie przykrywa. A na koniec dodam jeszcze, że eLki się nie mieszczą.


11. Tarka do jabłek. No i co, że teraz nie używam. Była za śmieszną cenę, a kiedyś przy dzieciach się przyda!


12. Maszynka do sushi. Właściwie to od niej się zaczęło... upatrzyłam ją sobie jak była po 50 zł i marudziłam, że chcę. Potem jak zobaczyłam, że kosztuje tylko 25, to od razu capnęłam. Kupiłam składniki do sushi i byłam wniebowzięta, do momentu jak mi ta maszynka całkowicie maki spieprzyła... No cóż. Pozostał symbol "niepotrzebnego gadżetu" :)


13. Tacka. Ładna, nie? Nie pomyślałam tylko, że nie urządzam w domu przyjęć. A dwa kubki z kawą potrafię i bez tacki przenieść ;)

O i jeszcze jeden gadżet, który wyrzuciłam jakiś czas temu:

14. Pojemnik do gotowania jajek w mikrofalówce. Takie małe otwierane jajeczko, do którego wbija się jajo. Pierwsze użycie i bum! Cała mikrofala w jajku! Ale żeby nie było, zrobiłam wszystko jak w instrukcji i na pewno dobrze zamknęłam.


A teraz mnie pocieszcie i powiedzcie, że Wasze kuchnie też są wypełnione takimi duperelami...


czwartek, 8 maja 2014

Kocham Szczecin #1

W Szczecinie mieszkam już 9 lat, oficjalnie mieszkanką zostałam rok temu, aleee... Kocham to miasto. Ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Po II wojnie światowej wiele zabytków nam nie zostało, resztki pojechały na odbudowę Warszawy, ale zieleni nam nie zabrali ;) Albo niecałą, bo drzewa podobno z korzeniami wywozili...

W Szczecinie dość dużo się dzieje, w poniedziałek byłam na warsztatach blogowania a we wtorek zwiedzalam gmach Urzędu Wojewódzkiego i tak jakoś zaświtała mi myśl o cyklu wpisów o Szczecinie :) Zobaczcie, gdzie Kura Domowa mieszka :) Ani to profesjonalne zdjęcia, ani wiadomości rodem z przewodników, będzie za to totalna amarotka. 


1. Schron pod Urzędem Wojewódzkim - Centrum Dowodzenia w trakcie trwania Zimnej Wojny. Lubię wszelakie podziemia i schrony i mogłabym się szlajać po takich całe dnie. Te w skali 1 do 10 oceniam na 5. Zobaczyć warto, ale wracać co niedzielę raczej nie mam ochoty. 


2. Piękne sufity (freski?) w Urzędzie Wojewódzkim. Kurczę, niby urząd, ale piękny. Naprawdę warto tam zajść przy okazji spaceru po Wałach Chrobrego. 


3. Magazyn form do zdobień na wieży Urzędu. Szczególne wrażenie robią niemieckie godła i nasze orły bez korony. Takie tam zbiorowisku stuletnich gipsów. 


4. Marynarz na wieży. W głowie ma niemieckie dokumenty i opis renowacji. Kiedyś służył za tarczę - miał ponad 100 dziur po kulach...


5. Widok na fontannę na Wałach i Odrę. Szaro, bo akurat było pochmurnie. 


6. Szczecin <3


7. Kamieniczki w okolicy ul. Parkowej. Byłam zaskoczona takim widokiem w Szczecinie szczerze mówiąc ;)


8. Drewniany dom w centrum miasta. Tylko jedno pytanie: Czemu nie mój?! 

Ok, na dzisiaj koniec ;) Ostatnio załapałam fazę na robienie zdjęć na mieście, więc wkrótce kolejna odsłona Szczecina :)


wtorek, 6 maja 2014

Co Huszi kupiła #4

Ostatnio jakoś nie po drodze mi było na zakupy, ale dzisiaj nadrobiłam... Laski, możecie mi powiedzieć, jak to robicie, że przechadzki od sklepu do sklepu w centrum handlowym to dla Was przyjemność? Ja po prawie dwóch godzinach byłam bardziej zmęczona niż po 20 km marszu... 

No dobra, lecimy z zakupami:


1. Pan Kwiatek z Biedronki za zawrotną sumę 2,99 zł (wyprzedaż po Wielkanocy). Lubię zieleninę w domu, ale większość nie przeżywa spotkania z kociarnią. Tym się na szczęście nie interesują. 


2. Cywilizacja V. Też z Biedronki ;) Kogut domowy to zapalony gracz, więc żeby nie było, że jestem jakoś przeciwko Jego hobby. Ale o tym to cały post może być, chcecie? Są tu jakieś partnerki gierkomaniaków?:>


3. i 4.  Lovely, pomadka błyszczykowa nr 02 i 06. I tak to właśnie poszalałam w Rossmanie... za obie zapłaciłam chyba niecałe 9 zł. W sklepowym świetle widać było wyraźną różnicę w kolorach, w domu trochę mniej. Jedna jest czerwonawa, a druga różowawa. Lubię je, bo nadają ustom tylko lekki kolorek. Tylko kurczę, wysuszają strasznie i bez bezbarwnej pomadki pod nie ani rusz...


5. Acneline - antybakteryjny żel do mycia twarzy. Miałam kiedyś krem z tej serii i miło wspominam, więc jak trafiłam na żel to wpadł do koszyka. Ok. 8 zł/150 ml w Realu. 

6. Bielenda Sexy Look - serum do cycków. Zwykle używam Eveline, ale naczytałam się dobrych opinii o tym, więc wzięłam na spróbowanie. Promocja teraz w Rossmanie - 12,99 zł. 


7. HI-TEC Buty trekkingowe. Uff, w końcu kupiłam sobie jakieś porządniejsze buty. Przy moim użytkowaniu większość normalnych adidasów rozpada się po kilku miesiącach. W tych się już zakochałam <3 Zapłaciłam za nie tylko 129 zł w outlecie. 



8. Notes - nie przyznam się, który to już w kolekcji ;) Teraz szukam dla niego zastosowania i na pewno znajdę! ;) 3zł w Empiku.

9. Magnesy na lodówkę - 1,5zł/szt. Nawet nie przyglądałam się dokładnie obrazkom, bo chodziło mi o sam magnes - w końcu trafiłam na porządne, które utrzymają kartkę ;) Empik. 


10. Płaszczyk wiosnenny z House. Szukałam kurtki przeciwdeszczowej, a kupiłam co kupiłam. Po pierwsze jakoś mi się spodobał, a po drugie kosztował tylko 25 zł. Problem tylko w tym, że żadne buty mi do niego nie pasują, a tym bardziej plecak... I chyba znowu będę musiała iść na zakupy...:D

No i tyle. Nie poszalałam, prawda? ;)


niedziela, 4 maja 2014

Lekka załamka wagowa

Jeszcze rok temu mogłam powiedzieć, że nigdy nie miałam problemów ze swoim ciałem. Albo inaczej, z jego akceptacją. Rok "siedzenia z dupą w domu" swoje zrobił, niestety. Już jakiś czas temu pisałam, że czas z tym coś zrobić i co? Nico, sami popatrzcie:


Jak tak dalej pójdzie, to bliżej mi będzie do stu, niż wymarzonych "poniżej 60". Niestety, po majówce jest jeszcze gorzej... Szczerze to naprawdę się trochę załamałam, bo w kwietniu dość dużo ćwiczyłam, kręciłam hula-hopem i nic kompletnie z tego nie wyniknęło. Ale z drugiej strony w święta sobie niczego nie żałowałam, a jak widać powinnam - metabolizm już nie ten ;) 

Teraz trzeba podnieść głowę do góry i zacząć ze zdwojoną motywacją. Co zamierzam?
  • pięć posiłków dziennie 
  • całkowite wyeliminowanie podjadania
  • jedyne dozwolone słodycze to lody
  • hula-hop 30 minut dziennie
  • przyjemne ćwiczenia ;) 
  • zamiast smażenia gotowanie na parze
  • po 21 zakaz jedzenia 
W sumie nic nowego, ale... od teraz systematycznie, bez wykręcania się i szukania wymówek. Przy okazji poeksperymentuje w kuchni. Dzisiaj np. kupiłam jarmuż i chcę zrobić chipsy:


Bardzo mało rzeczy smażyłam na tłuszczu, w sumie to tylko warzywa na patelni. Dzisiaj wyciągnęłam garnek do gotowania na parze i byłam szczerze zaskoczona smakiem warzyw - każde smakowało sobą! Mega różnica! 


Po co o tym wszystkim pisze? Żebyście kopnęły/kopnęli mnie w dupe, bo inaczej nie nabiorę rozpędu ;) Jak mnie poprzezywacie od tłustych świń, to wtedy Wam udowodnię i pokażę za kilka miesięcy to cholerne 59,9 kg na wadze! :D Oprócz wyzwisk możecie też rzucać fajnymi i zdrowymi pomysłami na jedzonko :) Liczę na Was ;)

A może ktoś się jeszcze przyłączy do chudnięcia?:>