Mój pierwszy raz z... chlebem.

Lubię nazywać się kurą domową, ale jak się tak dziś zastanowiłam, to raczej daleko mi do takiej stereotypowej. Niby lubię zajmować się domem, ale przy każdej okazji dążę do minimalizacji wysiłku. Kalkuluję, czy rzeczywiście opłaca mi się stać nad garami pół dnia (np. lepiąc pierogi) skoro równie dobrze można się najeść jednogarnkowym obiadem zrobionym w pół godziny. Nigdy nie kręciło mnie też robienie ciast. Owszem, czasem zdarzy mi się jakieś popełnić, ale to naprawdę musi być wielkie święto. 

Coś mnie jednak ostatnio bierze na takie fanaberie. Kilka tygodni temu znalazłam fajny przepis na chleb z kiszoną kapustą u Szczęślivej. Uwielbiam kiszonki, więc  postanowiłam spróbować. Dokładny przepis macie w podanym linku, a ja tylko opowiem jak to u mnie wyglądało.




Najpierw zakupy wg listy. Zmienili mi niedawno Reala na B1 i wszystko poprzestawiali, więc zanim ogarnęłam wszystkie składniki, to zdążyłam zrobić kilka kilometrów po sklepie. Na półce nie znalazłam żadnej mąki razowej, ale zaufałam swojej intuicji i wzięłam pełnoziarnistą - potem Internet powiedział mi, że to to samo ;) Znalezienie suchych drożdży to była wyższa szkoła jazdy, ale dzięki pomocy trzech pracowników sklepu się udało. 



Od razu po zakupach zabrałam się do roboty. Wg przepisu drożdże powinny zacząć się pienić po 5 minutach... moje jakoś nie chciały. Musiałam włączyć im kaloryfer i po pół godzinie dopiero się ogarnęły. Później mąka, wyrabianie i wielka duma z idealnej kulki ciasta. Kiedy odstawiałam je do wyrośnięcia akurat P. wszedł do domu i zapobiegawczo spytał jakiej soli użyłam (dla wyjaśnienia polecam przeczytać KLIK!). Olśniło mnie, że nie użyłam żadnej! 

Ok, żaden problem, zagniotłam ciasto na nowo. Odstawiłam pod kaloryfer zarządzają ciszę w domu, żeby mu się dobrze rosło. Wzięłam się za odsączanie kapusty kiszonej. O mamusiu, w życiu bym nie powiedziała, że tam może być tyle wody. Radziłam sobie przy pomocy tłuczka barmańskiego aż zostały suche wiórki. 



Po godzinie ciasto pięknie wyrosło, podzieliłam na trzy części i ułożyłam we wszystkich dostępnych naczyniach. Wgniotłam kapustę i wstawiłam do nagrzanego piekarnika modląc się, żeby nie wyszedł zakalec. A potem poszłam grać w Simsy. 

Po 40 minutach chleb był gotowy. Nie byłabym sobą, gdybym się nim nie poparzyła. Olałam wszystkie zasady i kroiłam na gorąco ]:-> Bożeee, jaki on pyszny! A z rozpływającym się masłem, to już w ogóle poezja.  Ta kiszona kapusta rzeczywiście działa cuda ;)


Tylko wiecie co? Ja jednak jestem za leniwa na takie akcje. Ale żeby nie było, że nie umiem, to się dzielę moim osiągnięciem na blogu. Kiedyś pokażę dzieciom, czy tam wnukom.


A Wy jakie macie podejście do domowych wypieków pochłaniających masę czasu? Lubicie się bawić, czy idziecie na łatwiznę tj. do sklepu?

Share this:

CONVERSATION

10 komentarze:

  1. Zainspirowałas mnie i nawet mam kapustę kiszona. Jutro pieke...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mniam, aż ślinka cieknie :) Narobiłaś mi smaka na ten chlebek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to nie pozostaje nic innego jak samej upiec ;)

      Usuń
  3. Świetny opis :D Często piekę chleb, ale przepis mam prosty.

    Nie wiem czy dostałaś moją wiadomość :) Nominowałam Cię do nagrody Liebster Award - zajrzyj, proszę do mnie, pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten niby też prosty, ale ja i tak nie mam cierpliwości :)
      Wiadomość widziałam, jak będę miała chwilkę to wezmę udział w zabawie ;)

      Usuń
  4. Ciesze się, że przepis się przydał :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nad pierogami nie trzeba stać pół dnia. Proponuję wypróbować taki przepis: http://puszka.pl/przepis/5813-pierogi_ruskie_praktycznie_bez_wyrabiania-precyzyjne_proporcje.html
    Natuś-77

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten sposób zupełnie nie do mnie nie przemawia ;) Razem z ugotowaniem ziemniaków (normalnie ich nie jemy, więc nie ma opcji, że zostają z dnia poprzedniego) wyjdzie ok. 2h - no way! :D

      Usuń