niedziela, 28 lutego 2016

Niedzielnik 8/2016

Zastanawiałam się, czy mam o czym w ogóle pisać ten niedzielnik, bo tydzień wydał mi się nudny jak flaki z olejem. Popatrzyłam jednak na kalendarz i coś tam się jednak działo ;) 


Poniedziałkowy wieczór. Piękny, prawda? Niestety mam problem z robieniem 100 rzeczy na raz - kolorowanie, blogowanie, gdzieś w tle Wojewódzki, a obok P. Niby wszystko to co lubię, ale chciałabym poświęcić się tylko jednej czynności :) 


Przy okazji wpisu o kolorowaniu (KLIK!) zrobiłam porządek w moich materiałach. Jakieś wnioski? Muszę przystopować z zakupami ;) W tym tygodniu dorobiłam się 36 kredek i 24 suchych pasteli, w których powoli się zakochuję. 


Stojąc przy kasie w Biedronce przypomniało mi się, że wypadałoby się pofarbować. Znowu jestem rudą małpą - po prostu taką siebie lubię najbardziej. 


Z kolei w Tesco trafiłam (zupełnie przez przypadek znalazłam się w alejce z % :D) na piwo o smaku liczi. Nie przepadam za samym owocem, ale piwo było całkiem smaczne. 


Udało nam się dotrzeć na Deadpoola. Uwielbiam filmy Marvela i obawiałam się, że czerwony koleś okaże się moją następną miłością. Ale nie. Nie udało mu się pobić IronMana i Kapitana Ameryki ;) Opinie są skrajne, ale nam się podobał - lubimy ten typ humoru, chociaż czasami musiałam popić te suchary. 

Obejrzałam też sobie na spokojnie "Wałęsa - człowiek z nadziei". Jestem totalną historyczną nogą (wstyd mi za to), ale słuchając tego co się aktualnie mówi o Wałęsie, to chyba ta moja wiedza historyczna jest jednak powyżej ogólnokrajowej średniej. Nie wiem czemu, ale rusza mnie ten temat. Ktoś próbuje mi wmówić, że białe jest czarne - a sam jest gównorobiącym szarakiem. 

Jak już jesteśmy przy szeroko pojętej kulturze, to jeszcze kilka słów o książkach. W końcu skończyłam czytać podręcznik prowadzenia KPiR ;) I zaczęłam najlepszą serię na świecie: Jeżycjadę! Zerowy tom "Małomówny i rodzina" mam już za sobą, muszę wybrać się do biblioteki po kolejne :) 


Tydzień bez zdjęć kotów, to tydzień stracony ;) A to zdjęcie jest wyjątkowe, bo one NIGDY nie siadają obok siebie. 


Dzisiaj z okazji gości było całkiem słodko ;) 
 
A teraz przyznam się do tego, co robię cały weekend:D Double xp robi swoje ;)

Dobra, zmykam już, bo zaczął się webinar "weekend z prawem dla biznesu" - takie uroki życia przedsiębiorcy :D

piątek, 26 lutego 2016

5 wskazówek dla początkujących kolorujących

Raczej nie jestem osobą, która łatwo ulega modom. Zwykle czekam aż przeminą, ale z kolorowankami było odrobinę inaczej. Na początku wydrukowałam sobie jedną i pokolorowałam starymi kredkami. Pamiętam, że naprawdę mnie to odprężyło. Później na długo o tym zapomniałam, aż trafiłam do Empiku i kupiłam Doodle Invasion <3 Od tamtej pory kolekcja stale się rozrasta... A nie jest łatwo :D

Śmiem twierdzić, że nie posiadam prawej półkuli mózgu. Zero wyczucia rytmu, zero umiejętności manualnych, zero zmysłu artystycznego. Jestem do bólu praktyczna. Przekładając to wszystko na kolorowanie - nie umiem, ale jakimś cudem lubię :D

Wszystkiego uczę się albo na własnych błędach albo podpatrując innych. Pogodziłam się już z tym, że artystką nie zostanę, więc z kolorowania czerpię tylko frajdę :) I mam kilka wskazówek, dla wszystkich tych, którzy chcą zacząć. 

1. Jeśli ciągle się zastanawiasz, to... po prostu spróbuj. 
Naprawdę nie ma innej możliwości, żeby się przekonać, czy to dla Ciebie. Na początek polecam wydrukować sobie różne wzory (np. mandale, zwierzęta, ludzi, wzorki) albo kupić sobie różnorodną kolorowankę. Ja ze swojej strony polecam małą czerwoną książeczkę "Kocham kolorować". Obrazki nie są duże, jedne są bardzo skomplikowane, inne całkiem proste, a do tego różne motywy. 


2. Zacznij od kredek, które masz w domu. 
A jak nie masz, to kup jakieś najzwyklejsze. Pewnie już podczas pierwszego kolorowania poczujesz, czy ta zabawa Cię kręci czy nudzi. Potem dla potwierdzenia swoich przeczuć możesz spróbować z innym obrazkiem. Wracając do kredek - raz dwa poczujesz co Ci w nich przeszkadza. Czy są za miękkie, czy za twarde, czy za blade itd. I wtedy wiesz, jakie cechy preferujesz. Potem wystarczy poradzić się dr Google ;) 



3. Więcej nie znaczy lepiej. 
Porwałam się na zestaw 72 Mondeluz. No cóż... jak dla mnie pewne kolory są identyczne i większości po prostu nie używam. Dla mnie chyba zestaw 36 byłby optymalny. Kolory przejściowe można też uzyskać poprzez cieniowanie. Na początek nie ma co przesadzać. Od siebie polecam dwustronne kredki Colorino 24/48. Sporo kolorów, dość tanie (ok. 20-25 zł) albo Bambino w drewnie ;) 



4. Kredki to nie wszystko. 
Można też kolorować pisakami, cienkopisami, długopisami żelowymi, robić tła pastelami. Ogranicza nas tylko wyobraźnia. Ja osobiście preferuję kredki, ale ostatnio włączyłam do zabawy suche pastele i... docieramy się. Podobno od pisaków i żelpenów mniej bolą dłonie ;) Tak, można mieć zakwasy od kolorowania :D



5. Inspiruj się, ale nie porównuj. 
Należę do grupy na FB "Kolorowa Mafia" i serio idzie wpaść w kompleksy. Ludzie tam po prostu wymiatają, szacun! Jednak znam swoje możliwości i jedyne co mi pozostaje, to ich naśladować i korzystać z ich rad :)


Wiem, że kilka z Was też koloruje :) Macie jakieś rady od siebie dla początkujących?

niedziela, 21 lutego 2016

Niedzielnik 7/2016

No to kolejny tydzień za nami. W skali od 1-10 oceniam go na mocne 6. Mogłam więcej, ale życie to nie tylko odhaczanie celów. W końcu porządnie się wyspałam! :)

Blender kupiłam kilka miesięcy temu i od tamtej pory w planach miałam zrobienie hummusu od A do Z. Najpierw tahini, gotowanie ciecierzycy (okropny zapach:/), a na koniec pyszna gładka masa. Wyszedł naprawdę smaczny, ale przy takich małych ilościach jakie jem, zupełnie nieopłacalny. 



W środę był Dzień Kota. Nie wiem jak wasze, ale moje codziennie mają swój dzień ;) Dzięki Marcie pomogłam jednak kociakowi w schronisku. Dało mi to do myślenia i zastanawiam się jak mogę pomagać bardziej lokalnie. Zawsze chciałam mieć dom tymczasowy, ale niestety moje dwa futra nikogo nie zaakceptują. One nawet ze sobą nawzajem mają problem. Pozostaje chyba tylko wsparcie finansowe. 

Jak już wyciągnęłam blender, to przypomniało mi się o smoothie. Wyśmienicie smakuje zrobione na zielonej herbacie :)


Zmotywowałam się w końcu do ćwiczeń. Weekendowa impreza kosztowała mnie dwa dodatkowe kilogramy, więc trzeba je zrzucić. W tym tygodniu był jeden trening na wszystkie partie ciała, trochę hulania i spacery.



A tu palec pomocnika blogera. Bez niego nie zauważyłabym tych kaczek <sarkazm>. Pomocnik blogera niestety nie rozumie focenia wszystkiego dookoła i zawsze ze mnie z tego powodu śmieszkuje ;)



Najważniejsze, że znaleźliśmy wiosnę. To zdecydowanie moja ulubiona pora roku. Budzę się ze snu zimowego i... zaczynam być w końcu sobą. Na nic nie narzekam i robię milion ciekawych rzeczy ;)

Wróciłam też do kolorowania ;) Luuuubię!

 
Oprócz tego zaliczyłam jeszcze dentystę (mam zakwasy od otwierania gęby:P), obejrzałam durną komedię - Bogate biedaki, skończyłam czytać tasiemcowatą książkę i zaprojektowałam logo mojej firmy. A właśnie, zapraszam na funpage ;)

A teraz zmykam nałożyć maseczkę, żeby być piękną w nowym tygodniu ;)

środa, 17 lutego 2016

Konkubina też rodzina!

Niedawno były walentynki i moja tablica na FB radośnie sobie rzygała tęczą. Fajnie ogląda się zakochane pary i ich błyski w oczach. Krew mnie tylko zalewa jak przy takich okazjach pojawiają się dyskusje na temat wyższości instytucji małżeństwa nad konkubinatem.  

Zacznijmy od początku. Społeczeństwo dzieli się na singli i osoby w związkach. Wśród singli można wyróżnić osoby zadowolone ze swojego stanu (tak! są takie!) i osoby wiecznie samotne szukające miłości na każdym kroku. Na tym zamkniemy ten temat, bo nie byłam singielką od 10 lat, więc się po prostu nie znam.


niedziela, 14 lutego 2016

Niedzielnik 6/2014

W końcu mogę powiedzieć, że to był dobry tydzień :) Odpuściłam kilka spraw i świat się nie zawalił, a co przeżyłam to moje :) Co prawda czuję się "odrobinę" niewyraźnie, ale już nie mogę doczekać się planowania następnego tygodnia i... pracy. Z papierologią już prawie skończyłam, więc teraz pobawię się w pozyskiwanie klientów i inne takie przyjemne rzeczy :) Juhuuu! 

W poniedziałek myślałam, że załatwię ostatnią sprawę, ale jak tylko wpisali moje nazwisko to zwiesił się system w całym urzędzie. Czy ja mam serio takiego pecha, czy powinnam takie sytuacje uznać za normalność? Papierek złożony, o decyzji dowiem się... jak zadzwonią. Kiedy? "Nie wiadomo". 

Od wtorku miałam u siebie siostrzenicę. A że jestem bardzo dobrą ciocią, to poszłyśmy do kina na Barbie Tajne Agentki. Bajka jak dla mnie trochę za płytka, ale... hmm.. czego ja oczekiwałam :D Publiczność była dosyć zróżnicowana: matki z kilkuletnimi dziewczynkami to standard, ale szczerze współczułam starszym braciom z malutkimi siostrzyczkami - dawno nie widziałam tak zmarnowanych min po seansie. Najciekawszym przypadkiem był tatuś-metalowiec z dwoma różowymi księżniczkami, które co chwila budziły go konspiracyjnym szeptem "no ale tatuś nie śpij, oglądaj!" ;)

Jako że ciocia ma hopla na punkcie swojego miasta, to trochę tę małą przegoniłam po Szczecinie ;)


A tutaj nasze szczecińskie dźwigozaury:


Wpadłyśmy też do Muzeum Narodowego, głównie na wystawę Miasto Nauki. Większość eksperymentów znałam, ale obie bawiłyśmy się całkiem nieźle :)



Potem poszłyśmy zwiedzić pozostałe wystawy i niestety pomimo wysiłku nie byłam raczej w stanie niczym zainteresować ośmiolatki. W sumie to mnie też nic tam nie ciekawiło - wystawy utknęły w miejscu 15 lat temu i nikt nawet nie próbuje ich uatrakcyjnić. Szkoda. 

 


I na koniec Z. dostała w prezencie plakat - fajny gest, ale okazało się, że był to afisz jakiejś wystawy raczej nie skierowanej dla dzieci. Taka tam koszmarna pamiątka ;)

Mimo wszystko siostrzenica miała ochotę zwiedzić kolejne muzeum. Padło na Przełomy, czyli najnowsze muzeum w Szczecinie. Muszę przyznać, że to była niezła podróż w czasie, bo Przełomy w większości są multimedialne. 




Szczerze przyznam, że jestem pod wrażeniem i wrócę tam na pewno. Bardzo nowoczesne, ale czuć po prostu klimat tamtych czasów - strach pomieszany z ulgą, że wbrew pozorom żyjemy już w wolnej Polsce. Niestety raczej nie dla dzieci.

No właśnie, zwiedzanie z dzieciakami nie jest ani gorsze ani lepsze - jest po prostu inne. Pewne eksponaty trzeba pominąć (sztuka sakralna? "Jak ludzie mogą chcieć oglądać jak Jezus umierał?"), a nad pewnymi przystanąć dłużej i zastanowić się nad pytaniami, które dorosłemu człowiekowi nigdy nie przyszłyby do głowy ;) W sumie to mama zaraziła mnie miłością do zwiedzania/muzeów itp. i cieszę się, że mogę to w jakiś sposób przekazywać następnemu pokoleniu :)

Jedliśmy w tym tygodniu baaaardzo niezdrowo i niestabilnie, ale ferie u cioci bez HappyMeal? Never! I w końcu zmobilizowałam się do zrobienia sushi ;)


A to moje dzieła, a konkretnie lisie foremki do ciastek na lisie urodziny :) Jubilatka zadowolona!


No właśnie, tak się składa, że dostałam zaproszenie na urodziny z opcją walentynkowego śniadania. To już powoli staje się tradycją, że takie śniadania jadam wyłącznie z panną E. 


Muszę przyznać, że powoli zmienia mi się nastawienie do Walentynek. Nie czuję potrzeby jakiegoś szczególnego ich świętowania z P., ale przestałam już o tym świecie myśleć tylko w kontekście komercyjnym. Ot, takie miły dzień :) Fajnie się patrzy na takich zakochanych nastolatków na ulicach! :) I że ludziom się chce, że próbują :)

A na koniec mam orzecha. Kokosa dokładnie. Mleczko wypite, skorupa rozbita tłuczkiem do mięsa, ale nie pomysłu co z nim dalej zrobić. Pewnie można wysuszyć, ale może znacie jakieś ciekawsze przepisy - liczę na Was.



sobota, 13 lutego 2016

Niebieski, żółty, różowy - kilka słów o odświeżaczach Brait

Lubię jak mi w domu pachnie, więc z przyjemnością przyjęłam kolejną propozycję testowania odświeżaczy od Brait. Tym razem padło na linię Airfreshner Wick Natural Aroma.


Kilka słów od producenta:
"Wypełniają wnętrze subtelnymi zapachami, a jednocześnie są ozdobą, koło której trudno przejść obojętnie. Brait Airfreshener Wick to dekoracyjne odświeżacze w formie knotów, bazujące na naturalnych olejkach eterycznych utrzymanych w ciekawych, fluorescencyjnych barwach."


 
 Dostępne są w trzech wersjach kolorystycznych/zapachowych:
  • Fruit Coctail (żółty) - bardzo świeży, cytrusowy zapach 
  • Mystery Berries (niebieski) - słodko-cukierkowaty, mój faworyt ;)
  • Cherry Blossom (różowy) - ciekawy zapach, trochę kwiatowy, trochę owocowy :)


Kolory odświeżaczy rzeczywiście są neonowe i od razu rzucają się w oczy. Byłyby ciekawą dekoracją, ale mnie osobiście razi trochę ten plastik - gdyby był odrobinę zgrabniejszy, to odświeżacze mogłyby udawać flakony perfum. 


Odświeżacze idealnie nadadzą się do małych łazienek lub do postawienia na biurku w pracy. Pachną bardzo ładnie, ale niestety tylko z bliskiej odległości. Jeśli więc lubisz intensywne zapachy, ten produkt raczej nie jest dla Ciebie. Ale jeśli lubisz delikatne i nienachalne, to warto zwrócić uwagę na Brait.

Z P. mamy bardzo odmienny gust zapachowy, więc Brait jest idealnym rozwiązaniem. Niebieski stoi sobie obok mojego komputera i czuję go wyraźnie, ale zupełnie nie przeszkadza P., który siedzi kilka metrów dalej ;) 

Odświeżacze Brait mają po 75 ml i mignęły mi ostatnio w Netto, kosztowały coś koło 8 zł.

niedziela, 7 lutego 2016

Niedzielnik 5/2016

Tak bardzo chciałabym napisać, że tegoroczna zła passa już się skończyła. Niestety trwa sobie w najlepsze. Przez ostatni miesiąc narzekałam chyba więcej niż przez ostatnie pięć lat. Niby zawsze staram się widzieć jaśniejszą stronę wszystkiego, ale coraz częściej ktoś mi staje na drodze ze znakiem "Nie i ch***". 

Dopóki nie założyłam firmy, to wszystkie sprawy urzędowe załatwiałam zawsze pomyślnie. Krótkie kolejki, uśmiechnięci i pomocni urzędnicy. A teraz każda rutynowa wizyta to niemiła niespodzianka. Bo pani w Urzędzie Skarbowym akurat jest na urlopie i nikt inny nie wie, co mam zrobić. Bo w ZUSie pomylili daty i zamiast 2016 wpisali 2015. Nawet mój wniosek o założenie firmy był zbyt skomplikowany dla systemu...  A wisienką na torcie są codzienne wiadomości, dzięki którym wiem, że nie zanosi się na poprawę czegokolwiek. I tak w sumie to nie mam po co firmy rozwijać, skoro bardziej opłacalna będzie dwójka dzieci i życie na koszt państwa. 

Takiego! Jutro czeka mnie ostatnia (mam taką nadzieję!) wizyta w urzędzie i biorę się ostro do roboty ;) W tym tygodniu udało mi się wynegocjować całkiem fajną umowę i powoli wkręcam się w takie biznesowe klimaty. Już nie mogę się doczekać, aż zamknę te wszystkie urzędowe sprawy i zajmę się tylko drukowaniem :) No zobaczcie jakie mam ładne materiały:


Udało nam się też w końcu wyrwać się do kina na najnowszy film Tarantino. Od czasu do czasu lubię taką jatkę na ekranie, ale po Nienawistnej Ósemce mam dość krwi na kilka lat. Kilka razy musiałam aż zamknąć oczy, chyba się za delikatna na takie filmy zrobiłam ;) Co oczywiście potwierdza genialność tej produkcji. 


Zwykle korzystamy z Heliosa, ale tym razem godziny nam nie podpasowały i poszliśmy do Multikina. I przypomniało mi się, dlaczego nie lubię tam chodzić - strasznie głośno! No ale niech im będzie, za bilet wyszło mniej niż 12 zł (środa z Orange) ;)

W tym tygodniu odbywało się święto pączka. Nie było mi jednak dane świętować, bo pączek okazał się zawierać znienawidzoną konfiturę różaną. Bo wiecie, siedem lat związku to za mało, żeby pamiętać takie pierdoły ;) A konfitury nie lubię z dwóch powodów: po pierwsze to najzwyczajniej w świecie nie lubię zapachu róż. A z drugim powodem wiążę się historia z dzieciństwa: razem z koleżanką chciałyśmy zrobić powyższą marmoladę mamom na pączki. No i zrobiłyśmy tak, jak nam się wydawało że powinnyśmy. Jak pakowałyśmy ją do słoików, to się okazało że to marmolada robakowo-różana :D Ze zdecydowaną przewagą robaków. 


Tydzień miał się skończyć miłą imprezą w ulubionym pubie. Zapomniałam tylko, że to ulubione miejsce jest ulubionym tylko w tygodniu (mało ludzi). A przy piątku to się tam niestety sporo działo. I muzyka jakaś inna i nawet ulubione piwo nie smakowało. Tak, to starość. 

Dobra,  wyrzuciłam to wszystko z siebie i tym samym mam zamiar skończyć z narzekaniem w tym roku :) Jeśli jutro wszystko pójdzie ok, to w końcu poczuję ulgę i zacznę normalnie żyć. Oznacza to ciężką pracę, ale to zdecydowanie lepsze niż niepewność ;)

wtorek, 2 lutego 2016

#ogarniamluty, czyli Instagramowe wyzwanie

Moje konto na Instagramie (KLIK!) ma już ponad dwa lata, a ja dalej nie za bardzo go ogarniam. Ograniczałam się do totalnych podstaw: zdjęcie --> filtr --> hashtagi --> publikuj. Instagram traktowałam jak pamiętnik, w którym kolekcjonowałam uchwycone momenty zupełnie nie przejmując się ich estetyką. I właśnie nad tym chciałabym popracować. I jeszcze nad systematycznością.

Dlatego w głowie zaświtało mi wyzwanie. Mam nadzieję, że zmobilizuje mnie do poprawienia jakości moich zdjęć no i oczywiście do większej ilości serduszek na moim profilu ;)


Wyzwanie skierowane jest głównie dla takich żółtodziobów jak ja i jest bardzo proste: codziennie dodajemy na Instagram fajną fotę z #ogarniamluty. Znajdę Was po tym hashtagu i będę śledzić Wasze postępy ;) Podobno trzy tygodnie wystarczą, żeby wyrobić sobie nawyk, więc od marca szaleństwo na Insta będzie dla nas rzeczą naturalną ;) 

Ale jak zrobić dobre zdjęcie? I jak w ogóle ogarnąć ten Instagram? No cóż, ja Wam tego nie powiem, bo sama jeszcze nie umiem ;) Ale od czego jest Internet i pomocni blogerzy? 

  • Mini przewodnik od The Style Digger. W kilku zdaniach wyjaśnione o co chodzi z światłem, kompozycją czy tłem. Z dobrymi przykładami. 
  • Dobre instagramowe rady od Kameralnej. Trochę się pokrywa z linkiem wyżej, ale w tekście są odnośniki do szerszego wyjaśnienia pewnych tematów. 
  • Komórkomania skupia się na ustawieniach w telefonie, ale zahacza też o temat własnego stylu i hashtagi
  • Obszerny artykuł na Fotopolis.pl. Teoretycznie przeznaczony dla profesjonalnych fotografów, ale jak się uczyć, to od najlepszych ;)
  • A na koniec zestawienie przydatnych aplikacji u My Pink Plum! Kilka zainstalowałam i powoli się z nimi oswajam. 
To jak, macie ochotę się przyłączyć? No chodźcie, będzie fajnie ;) Poobserwujemy się nawzajem i będziemy sobie kibicować w rozwijaniu naszych umiejętności. Jeśli nie macie jeszcze konta na Insta, a chcecie założyć, to jest to właśnie idealny moment.

Mam nadzieję, że na koniec lutego będę mogła powiedzieć "Prawie ogarniam tego Instagrama" ;)